-If you had the time to lose An open mind and time to choose Would you care to take a look Or can you read me like a book Time is always on my side... >> wtorek, 25 marca 2008 20:18:59
Cisza oplatała mój umysł, ciało. Mieszkanie na obrzeżach miasta tonęło w akordach granych przez delikatne dłonie ciszy. Harmonia. Pozwoliłam powiekom, aby dopuściły światło przebijające się przez okno do oczu. Nagie stopy oparłam na przyjemnie chłodnej posadzce. Jak co dzień spojrzałam w stronę zdjęcia Avy. Widziałam na nim moje szczęście. Życie z mojego życia. Widziałam miłość, jaka była kiedyś między mną i Ryanem. Widziałam jego oczy, uśmiech. Naszą córkę. Odsłoniłam ciężkie jak ołów kotary zasłon, opadające na drewnianą posadzkę. Drzewo po drugiej stronie ulicy. Od pięciu lat codziennie je widzę. Niezmienione, zmęczone towarzystwem ptaków i wiewiórek. Potrzebujące chwili spokoju, wytchnienia. Jak odmienne były moje pragnienia. Potrzebowałam mężczyzny. Potrzebowałam przyjaciela. Potrzebowałam kochanka. Potrzebowałam Ryana. Słyszysz Ryan, potrzebuję Ciebie! Głupia.
Policzek momentalnie zwilgotniał. Otarłam pośpiesznie łzy. Otworzyłam drzwi pokoiku Avy. Usłyszałam jej głośny i nierównomierny oddech. Podbiegłam do jej łóżka. Jej twarz pokryta była ciemnoczerwonymi wybroczynami.
-Ava, skarbie! Ava! Proszę Cię! Kotku, co się dzieje! Ava! Pomocy!
Po koncercie zabrali nas na jakieś after party. Nas, to znaczy mnie, Ryana, Heidi, Jona i Spencera z jego dziewczyną. Po sukcesie płyty producent wciąga nas w różne kampanie i imprezy, co powoli zaczyna nas już męczyć. Dobra, okej. Nie narzekam. Ale jestem też człowiekiem! Jestem z Heidi już 5 lat, a nawet nie mamy czasu, żeby wziąć ślub! Cholera! Wkurwia mnie to maksymalnie, że tak się wyrażę. Heidi nic nie mówi, czeka cierpliwie, ale wiem, że każda panna chciałaby mieć ślub, dzieci i te sprawy przed 30. A jak tak dalej pójdzie, to nawet za pięć lat nie będziemy po słowie. Kurwa! Pierdole, ożenię się z nią jeszcze w tym roku! Ta impreza jakaś denna. Sztywne typy, ogólnie towarzystwo nieciekawe, muzyka też przednia. Zaraz, a gdzie Heidi? A, chyba ktoś dzwonił. Poczekam na zewnątrz. Trochę tu duszno.
Wow, piękne niebo. A księżyc…Bajka! Brendonie Urie, mimo iż nigdy o tym nie mówiłeś, pieprzony z Ciebie romantyk, nie ma co.
-Breeeeeendoooooooon! – Krzyknęła Heidi.
-Co się stało? – Zapytałem zatroskany, widząc jej twarz we łzach.
-Brendon…Jaa…To straszne. – Wyszeptała.
-Spokojnie kochanie. Ciii…- Próbowałem ją uspokoić. – Mów, co się stało…
-Brendon…Ava…Ava jest w szpitalu…- Powiedziała.
-Co Ty mówisz?! Jak to? – Zapytałem.
-Ashley niewiele powiedziała…Wiem tylko, że to białaczka i że stan maleńkiej jest krytyczny. – Powiedziała Heidi.
Osłupiałem.
-Czy Ashley mówiła coś o Ryanie? – Zapytałem.
-Nie. – Odpowiedziała.
-Mam dość! Jak ona może być tak egoistyczna! Tak cholernie myśli tylko o swoich uczuciach! Ryan musi wiedzieć! To też jego córka. Przecież potem może być…może być za późno.- Powiedziałem i pobiegłem do Ryana.
Heidi nie powstrzymywała mnie. Wiedzieliśmy, co robić.
Ross wyszedł mi naprzeciw.
-Ryan, musimy porozmawiać.- Powiedziałem. – Tylko mnie nie denerwuj i posłuchaj uważnie co mam Ci do powiedzenia.
-Słucham.- Wyszeptał przerażony powagą mojego tonu.
-Ryan…Przez cztery lata ukrywaliśmy jej istnienie. Ale teraz nie możemy robić tego dłużej. Nie w sytuacji walki o życie. Posłuchaj…Ty i Ashley…Macie dziecko. Czteroletnią Avę. – Wyrzuciłem z siebie.
-Jak to? Ale…- Ryan był zaskoczony.
-Posłuchaj…Rozstaliście się. A Ashley nie chciała, żeby w jakiś sposób dziecko uwiązało Ciebie do niej. Dlatego nigdy nie powiedziała Ci o Avie. Ale teraz…Ava jest w szpitalu. Jest z nią bardzo źle. Ma białaczkę. – Skwitowałem.
Ryan spojrzał na mnie nieprzytomnie. Miałem wrażenie, że odpływa. Chciałem do niego podejść, ale ten odepchnął mnie. Odwrócił się i wsiadł do samochodu. Odjechał.
Wiedziałem, gdzie jedzie. I po co jedzie. Jedzie walczyć o najbliższą mu osobę.
Szary korytarz. Szary pokój. Szare drzwi. Szare ubrania. Szare twarze. Szare słońce. Szare niebo. Szarzy ludzie. Szarość, ból, cierpienie. Od dziś Moi przyjaciele. Dlaczego to spotkało właśnie ją? Moją najcudowniejszą córeczkę. Dlaczego to nie ja mam tą pieprzoną chorobę? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
-Dzień Dobry. Pani Ashley? – Usłyszałam ciepły głos.
-Tak. – Odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku.
-Nazywam się Susan. Jestem ordynatorem na tym oddziale. Pani córeczka…Ava…Jej stan jest teraz stabilny. Minęły dopiero pierwsze 24 godziny, ale dopiero po następnych będziemy wiedzieli co dalej. Proszę nie przestawać wierzyć… - Skwitowała.
-Pani doktor…Czy ona z tego wyjdzie? – Zapytałam drżącym głosem.
-Jej młody organizm jest silny i miejmy nadzieję gotowy na walkę z chorobą. Robimy badania, a ich wyniki pozwolą nam rokować na przyszłość. Na razie tylko tyle mogę powiedzieć. Zrobimy wszystko, co będzie konieczne, aby jej pomóc. – Zakończyła.
-Dziękuję. – Odpowiedziałam i opadłam na krzesło.
Nie przestawać wierzyć. Mieć nadzieję. Skąd czerpać siły, skoro dotąd życie mnie nie oszczędzało? Oddałabym wszystko, by móc pomóc mojemu dziecku. Jak bardzo musi być teraz wystraszona, leżąc w obcym łóżku, wśród obcych ludzi? Nie. Przecież śpi. Głębokim snem. Och, pamiętam jak uwielbiała wieczory, kiedy czytałam jej bajkę o Śpiącej królewnie. Uśpiona czarem złej czarownicy spała nieprzerwanym snem, ukryta na swoim pięknym Dworze. Uratowana pocałunkiem księcia…Dlaczego życie nie mogło być bajką?
-Ashley?- usłyszałam głos. Mógł należeć do lekarza, do kogoś z pracy. Ale ten głos należał do niego. Wiedziałam o tym.
-Ryan…Co…- Nie potrafiłam nic powiedzieć.
Wybuchłam płaczem. Poczułam, jak przytula mnie do siebie i nic nie mówiąc po prostu płacze razem ze mną.
-Myślałaś, że pozwolę Ci przejść przez to wszystko sama? – Zapytał.
-Nie miałam prawa psuć Twojego szczęścia. – Wyszeptałam.
-Ty i Ava jesteście moim szczęściem…- powiedział…
Spojrzałam w jego oczy. Tak wiele razy w nie patrzyłam. Uwielbiałam każdą plamkę na jego oczach, każdą brązową smugę. Kochałam Ryana. Zawsze. Przestraszyłam się jego słów. Czy cierpienie nie przyćmiło mi rozumu i pozwalało na wyobrażanie sobie bóg wie czego? Ale nie…On mówił prawdę.
-Ashley…Przepraszam, że przez to, co zrobiłem straciłaś do mnie zaufanie i nie chciałaś nawet, bym wiedział o istnieniu naszej córki. Ale teraz jestem tu. Pomogę Ci walczyć o nasze życie. O naszą miłość. O naszą córkę. Bo ja Ciebie kocham. Wybacz, jeśli te słowa są dla Ciebie kłopotliwe. Ale kocham Ciebie. I kocham naszą córkę. Kiedyś straciłem już Ciebie. Nie chcę teraz stracić Avy. – Powiedział.
Chwycił moją dłoń. Przyłożył ją do swojego policzka i uśmiechnął się. Tak, jak kiedyś. Tak, jak robił to przy każdym wypowiedzianym kocham. Z tą szaleńczą siłą, potrafiącą posiąść obłoki.
Nie byłam teraz sama. Miałam Ryana. Ojca naszego dziecka.
Minęły tygodnie. Stan Avy był nadal taki sam. Lekarze przetaczali jej kilkakrotnie krew. Dzięki temu znikły sińce i plamy. Ava odzyskała przytomność. A jednak to był dopiero początek drogi. Dzień i noc czuwaliśmy przy jej łóżku. Pewnego dnia obudził mnie jej krzyk. Na łóżku leżały jej włosy.
-To typowe dla tej choroby. Chemioterapia wyniszczyła jej organizm, a co za tym idzie osłabiła większość komórek, stąd ta utrata włosów.- Tłumaczyła lekarka.
Bywały dni, że było lepiej. Budziła się wtedy w nas nadzieja. Ava bawiła się wtedy z nami w pokoju. Kiedy powiedziałam jej, że to jest jej tatuś, płakała. Ale potem objęła Ryana za nogi i powiedziała, że cieszy się, że jest z nią tatuś. Były też inne dni. Pełne niepewności i strachu. Ava była osłabiona. Jej nóżki były wiotkie i bezwładne. Nie mogła się poruszać. Zabierana na ciągłe badania, nocą miała stany lękowe. W końcu nadszedł dzień, kiedy objawy ustąpiły, a chemioterapia przyniosła widoczne efekty.
-Teraz jest na etapie remisji. Choroba nie ustąpiła do końca. Jest jednak na jak najlepszej drodze, aby pokonać raka. Jeśli w ciągu 3-4 lat nowotwór nie powróci, to Tłumaczyli radością będziemy mogli powiedzieć, że odnieśliśmy sukces nas białaczką. – Tłumaczyli lekarze.
Zabraliśmy ją do domu. Podawaliśmy jej codziennie leki doustne, a raz na miesiąc zabieraliśmy ją na naświetlanie. Minął rok.
Było słonecznie. Koszmar minionych miesięcy zdawał się być już tylko przykrym wspomnieniem. Ryan postanowił zamieszkać z nami. Chłopcy również wykorzystali ten czas na odpoczynek. Heidi i Brendon wzięli ślub. Dokładnie taki, o jakim marzą miliony kobiet. Ogromny kościół przystrojony białymi różami, a przy ołtarzu para młoda : Heidi w śnieżnobiałej sukni i Brendon w kruczoczarnym garniturze, wypowiadający najpiękniejsze słowa świadczące o wzajemnym szacunku i miłości. Potem wesele, szampańska zabawa. Heidi Urie. Najszczęśliwsza kobieta na ziemi. Brendon Urie. Najszczęśliwszy muzyk rockowy w całej galaktyce. I patrzący na nich z zazdrością goście, a wśród nich ja i Ryan. Szczęśliwie zakochani. Jon ostatnimi dniami zaczął tajemniczo znikać a powodem była pewna fanka, pochodząca z Polski, w której Walker opętańczo się zakochał…Paulina jej na imię było. Jon powtarzał tylko Paulina to, Paulina tamto…Spencer zerwał ze swoją dziewczyną, ale dobrze mu z tym było.
Lipiec. Wybraliśmy się z Avą i Ryanem do parku. Usiadłam na ławce i patrzyłam, jak moje dwa cudy szaleńczo biegają, pokrzykując coś do siebie nawzajem. I wiecie co wam powiem? To był najpiękniejszy widok pod słońcem. Uwierzcie. Podbiegłam do nich i chwyciłam za rękę.
-Kocham życie!
To już koniec. Dziękuję wszystkim. :*
komentarze [6]Can't sleep! >> wtorek, 8 stycznia 2008 17:29:40
Dzień dobry! Nie, nie nowa notka. Jak na razie zawieszam działalność bloga. Brak weny na kontynuację tego shitu. Jak coś się zmieni, to ujrzycie dumny napis NOWA NOTKA. Jak na razie się na to nie zanosi. Lecz przy okazji gorąco zapraszam na bloga:
www.afeveryoucantsweatout.blog.onet.pl
oraz
www.alice-wentz.mylog.pl
Zapraszam też na www.deletemylove.mylog.pl
co tam jeszcze, aaa...
www.mardy-bum.mylog.pl oraz....dadada da dadada... Mojego Nowego Bloga!!!
www.mouth-shut.mylog.pl
To na tyle ogłoszeń dla moich ulubionych czytelników.
A i jeszcze to:
Jeszcze raz gorąco zapraszam na www.mouth-shut.mylog.pl
Wasza Ashley.
komentarze [2]Say anything, say anything... >> poniedziałek, 26 listopada 2007 16:54:30
Przepraszam, że tak dawno nie było notki. Ta notka też wam tego nie wynagrodzi, bo wyszła mi źle.
Ale ja też mam życie prywatne i nie daję rady pisać tak często i z taką jakością jak dawniej.
No ale, przejdźmy do notki.
Uśpione miasto budziło się ze snu. Uliczni sklepikarze dopiero chwilę po 9.00 otworzyli swoje stoiska z warzywami, ozdobami i biżuterią. W szpitalu Św. Tomaszowa zaledwie od paru minut panuję cisza i spokój. Ashley z uśmiechem spojrzała na małą istotkę, która od kilku chwil leżała obok niej. Była taka maleńka, bezbronna, krucha. A mimo tego dzielnie wpatrywała się w twarz swojej matki. Ash z drżącymi dłońmi wzięła córeczkę zawiniętą w kocyk i przytuliła ją do siebie.
-Jesteś moim słoneczkiem.- Wyszeptała Ash.
Do sali weszła Heidi i Audrey. Obie z zadowoleniem poklepywały się po plecach, ciesząc się ze szczęścia, którym niewątpliwie były narodziny dziecka.
-Jest śliczna.- Powiedziała Heidi.- Nie lubię małych, wrzeszczących dzieci, ale ona jest aniołkiem.
-Ale ma maleńkie rączki.- Zachwycała się Audrey.- A te oczy…Tak bardzo podobne do…- Nie dokończyła.
-Do Ryana.- Powiedziała Ashley.- Wiem. Ma jego oczy, uśmiech. Śliczna dziewczynka.
-Wybrałaś dla niej imię?- Zapytała przytomnie Heidi.
Ashley spojrzała na dziecinkę, która z uśmiechem wpatrywała się w nią.
-Ava. Powinna nosić imię Ava.- Powiedziała Ash.
-Masz silną mamę, Ava.- Powiedziała Heidi.
-Tak i chyba bardzo zmęczoną.- Zauważyła Audrey.
-Przyjdziemy jutro. Trzymaj się :) – Powiedziała Heidi, po czym obie razem z Aud opuściły pokój.
W busie panicznych jak zwykle panował bałagan. Opakowania po chińszczyźnie walały się po całym pojeździe. Jon z ociąganiem schylił się po jedno z opakowań. Instynktownie powąchał jedzenie i stwierdzając, że nie nadaję się do spożycia, pozostawił na podłodze.
-Jon knocie! Skoro nie będziesz tego jeść, to mógłbyś to wyrzucić! – Zauważył Ryan..
Jon spojrzał na przyjaciela ze zdziwionym wzrokiem, po czym ignorując prośbę Rossa zajął się pisaniem SMS-ów.
W tym czasie komórka Brendona zaczęła wibrować w rytm melodii do kreskówki ‘Three Happy Friends’. Urie zerwał się z łóżka, po czym runął na podłogę.
-Spencer do cholery jasnej! Możesz swój tyłek walać w innym miejscu niż na środku pokoju?- Zbulwersował się obolały Bden, po czym zaczął czołgać się pod szafkę, gdzie leżała jego komórka.
-Kij wam w oko, koty! – Powiedział obrażony Spence po czym zabrał swoją poduszkę i koc i walnął gdzieś na podłodze koło siedzenia kierowcy.
-Wszystko chłam.- Skwitował Ryan, po czym wypijając ostatni łyk kawy odpalił laptopa i zniknął gdzieś poza rzeczywistym światem.
Bden odebrał swoje cacko.
-Siemanko! – Powiedział.
-Witam.- Odpowiedziała Heidi.- Ashley urodziła dziewczynkę!
-Czyli jestem tak jakby wujkiem! – Ucieszył się Urie.
-Ehe…- Potwierdziła Heidi. – Tylko pamiętaj, żeby Ci nie strzeliło do mądrej główki, żeby mówić coś w stylu: Ryan koleś, jesteś ojcem!
-Spoko lala.- Zapewnił Bear.- Jestem wierny jak pies.
-Coś chyba nie tak, ale dobra, tylko nie przesadzaj z tym posłuszeństwem.- Zaśmiała się.
-Ok. I tak w ogóle i takie tam różne to Tęsknię i Kocham.- Powiedział.
-Ja też. :) A jak sobie dajesz radę z tą trójką nieudaczników?- Zapytała.
-Nie daję sobie rady. Ale kij. Jakoś przetrwam.- Skwitował.
-Dasz radę. A ja przylecę do Ciebie na inspekcję za miesiąc.- Stwierdziła dziewczyna.
-Ooo…Podoba mi się. A na jak długo?- Zapytał.
-2 miesiące.- Odpowiedziała Heidi.
-I can’t wait for this, baby. Come and take me…Oh…Come and do this. – Zaśpiewał wokalista.
-Dobra, paniczny. Ja kończę i ściskam. Pa.- Powiedziała Heidi.
-Paaaaa…. :* - Zakończył Bden.
Po kolejnym koncercie chłopcy wrócili wreszcie do domu. Atmosfera była przednia.
-To jest do niczego! – Oznajmił zdezorientowanemu Bdenowi RyRo. – Te piosenki…Cały nasz nowy styl…Do bani. Trzeba to poprawić. Jak ma być dobry album, to zróbmy to po staremu. Nie musimy udowadniać, że się rozwijamy. Ja nie mogę grać czegoś, co tak różni się do tego, co stworzyliśmy ponad dwa lata temu.
Bden opadł na fotel po czym smętnie spojrzał na przyjaciela.
-Rozumiesz?- Zapytał Ry.
-Jasne.- Potwierdził od niechcenia Bden. – Tylko, wychodzi na to, że musimy się brać ostro do roboty. Nowy materiał powinien być skończony w przeciągu dwóch miesięcy. Będziemy musieli ostro nagrywać. Buu…- Westchnął.
-O masz! – Powiedział Jon. – A miałem pojechać do domu.
-Nie zniese tego.- Powiedział z przejęciem Spencer.
-Spence, proszę. Nie mów tak bo się jeszcze nauczę.- Powiedział Jon.
Mimo tego, że chłopcy starali się żartować i nie przejmować się niczym, widać było, że perspektywa nagrywania nowego materiału nie uśmiecha się im. Byli zmęczeni. I zapowiada się, że jeszcze długo nie odpoczną sobie. Kolejne dni mijały im bardzo szybko. Zestresowani pracowali nad materiałem na płytę.
-Hej, Ryan możemy pogadać? – Zapytał Bden, po tym jak po raz kolejny przerwali próbę.
-A w jakiej sprawie? Chodzi Ci o muzykę czy o moje zachowanie?- Zapytał Ross.
-Chodzi mi o to, co się z Tobą dzieje.- Powiedział Urie.
-To sorry, ale na ten temat nie pogadamy.- Skwitował Ryan.
-Aha. Jak tak stawiasz sprawę, to postaraj się nie robić zbędnego zamieszania i frustracji w zespole.- Poprosił Bden.
Ryan został sam. Oparł się o maskę swojego samochodu. Czuł się bezsilny wobec świata. Zawsze chciał, by jego związki opierały się na zaufaniu, bezpieczeństwie. Nie na seksie.
Chciał, by jego kobieta była nie tylko jego kochanką ale też najlepszym przyjacielem.
Dlatego nie może być dłużej z Keltie. Nie chce być z kimś sztucznym. Kimś, dla kogo jest zabawką. Już nie. Wyjął swoją komórkę z kieszeni.
-Och, to Ty Ryan!- Usłyszał głos Keltie.- Właśnie myślałam o Tobie.
-Ja też myślałem o Tobie.- Powiedział po chwili.- Wiesz, może powinniśmy się spotkać.
-Za godzinę u Ciebie?- Zaproponowała.
-Ta…Może być.- Zgodził się.
-No to paa…- Zakończyła Keltie.
-Pa.- Ryan rozłączył się.
Nie mówiąc nic chłopakom wsiadł do samochodu i pojechał do domu. Zostawił samochód trochę dalej od domu, po czym resztę drogi pokonał pieszo. Kiedy przechodził obok domu Ashley, zatrzymał się na chwilę. Przypomniał sobie wszystkie spędzone z nią chwile. Wtedy, kiedy byli przyjaciółmi. Te noce, kiedy ojciec był pijany i wpadał w furię. To do Ashley przychodził w takich momentach. Potem, kiedy byli razem w starym parku. Byli zakochani. Więc dlaczego ich uczucie wygasło? Żałował, że stracił przyjaźń Ash. Popełnił błąd, nie mówiąc jej od razu, że to koniec. Nie mógł już tego naprawić. Właściwie, to mógłby zadzwonić do niej. Nie rozmawiali ze sobą od tamtego wigilijnego wieczoru. Nawet nie wie, gdzie ona teraz jest. Chyba w Londynie.
-Ashley?- Zapytał, kiedy usłyszał głos po drugiej stronie.
-Ryan…Nie dzwoń do mnie, proszę. Musze kończyć. Pa.
To był koniec ich rozmowy. Ryan zrezygnowany dotarł do domu. Chwilę potem zjawiła się tam Keltie.
-Co tam, kochany?- Zapytała, po czym dała buziaka Ryanowi.
-Chodź, usiądźmy.- Powiedział.- Wiesz…Długo myślałem o nas. Nie chcę być już z Tobą. Przepraszam.
Keltie dłuższą chwilę wpatrywała się w usta Ryana. Prawdopodobnie czekała, aż Ryan powie, że to co powiedział, to żart.
-Wiem, to moja wina. Ale nie potrafię w ten sposób żyć.- Dodał Ryan.
-Tak. Masz rację. To Twoja wina. Przepraszam, ale nie musisz mi powtarzać. Idę stad, bo jest mi już niedobrze. Cześć.- Powiedziała Keltie, po czym wyszła.
Ryan nie zatrzymywał jej. Wiedział, że to było jedyne wyjście. Koniec.
Za oknem padało i wiało. Ashley przed chwilą ułożyła trzymiesięczną Avę do snu. Teraz liczyła na chwilę odpoczynku. Od kilku dni małą męczyła kolka. Dlatego Ash prawie nie spała, ciągle nosząc i usypiając małą. Do drzwi pokoju zapukała Heidi.
-Skusisz się na filiżankę czarnej, mocnej kawy?- Zapytała przyjaciółka.
-O niczym innym nie marzę.- Skwitowała Ashley, po czym obie udały się do kuchni.
Heidi zajęła się przygotowywaniem kawy. Ashley zajęła miejsce na parapecie.
-Wiesz, dzisiaj dzwonił do mnie Ryan.- Zwierzyła się przyjaciółce Ash.
-Miał jakiś konkretny powód?- Pytała o szczegóły Heidi.
-Nie wiem.- Stwierdziłam.- Szybko zakończyłam tą rozmowę.
-Nie rozumiem.- Westchnęła Heidi.
Ashley upiła łyk kawy. Chwilę zastanawiała się nad racjonalnym wytłumaczeniem swojego zachowania wobec Ryana. W sumie, jej zignorowanie go było bezpodstawne. W jakimś sensie.
-Oj Ashley…- Westchnęła nad losem przyjaciółki.- Za bardzo się asekurujesz. Ta rozmowa mogła być przełomem. Nie możesz odpychać od siebie przeszłości, ponieważ Twoja teraźniejszość jest z nią ściśle powiązana.- Zauważyła Heidi.- Tak, mam na myśli Avę.- Dodała.
-Czemu to moje życie musi być tak skomplikowane? – Zapytała Ash.
Nie uzyskała odpowiedzi. Nie oczekiwała jej.
-A Ty wszystko już spakowałaś?- Zapytała Ash.
-Tak.- Odpowiedziała ożywiona na myśl o spotkaniu z Brendonem Heidi.- Martwię się tylko, jak Ty sobie poradzisz? Może zastanów się nad tym, że zostaniesz sama bez niczyjej pomocy. Jeszcze mogę to przełożyć.
-Może masz rację.- Stwierdziła, po czym przez ułamek sekundy zastanowiła się nad tym, o co prosiła Heidi.- To już. Jedziesz i tyle!
-Będę tęsknić. Za Tobą i za tym uroczym aniołkiem.- Stwierdziła Heidi.
-I w drugą stronę. Takiej cioci to nie znajdę nigdzie.- Skwitowała, po czym uściskała przyjaciółkę.
-Może ja też załapię się na zbiorowy uścisk?- Zapytała Audrey, która po cichu wsunęła się do kuchni.
-Hugs?- Zaproponowały wszystkie trzy, po czym uściskały się.
Z pokoju dobiegł ich płacz Avy.
-To na tyle z mojego spokoju.- Westchnęła Ash, po czym poczłapała do pokoju.
Na lotnisku tłoczyło się paru pasażerów. Brendon ze zniecierpliwieniem wypatrywał wśród nich swojej dziewczyny. Ktoś wpadł na niego.
-Jak Ty chodzisz?- Wydarł się Bden.- Mógłbyś czasem uważać.
Jakiś chłopak spojrzał na niego z odrazą po czym szybko pobiegł w swoją stronę.
-Palant.- Westchnął Bear.
Po chwili zauważył przedzierającą się przez tłum Heidi.
-Aaaa!- Pisnął Urie po czym mocno wtulił się w Heidi.- Stęskniłem się.
-Nie gadaj Urie tylko całuj!- Powiedziała roześmiana Heidi.
-Zawsze bezpośrednia…Mmhhh…- Zamruczał Bden po czym zaczął całować Heidi usta.
-Fuj! Rzygać mi się chce.- Westchnął Ryan.
-Rossik, słodziutki głupiutki Rossik.- Powiedziała Heidi po czym przytuliła przyjaciela.- Bden, musimy mu znaleźć dziewczynę, bo chłopak cierpi na rzadką chorobę: Samotność!
-Czy ja wiem…Przynajmniej na próby się nie spóźnia, jest ciągle w domu i pisze zajebiste piosenki o niespełnionej miłości.- Zastanowił się Bear.
-Weź swojego przylepca ode mnie bo mnie poniesie. I tak w ogóle to miło mi Cię widzieć.- Zauważył Ryan.
-Mi też. A i póki pamiętam. Masz pozdrowienia od Ashley.- Zwróciła się do Rossa Heidi po czym ruszyła do samochodu.
Za nią posłusznie poczłapał Bden, a na samym końcu sfrustrowany Ryan.
-Say anything, say anything...
komentarze [13]Going in blind... >> sobota, 27 października 2007 20:46:54
Notka krótka. Wszystkich proszę, abyście przed jej przeczytaniem włączyli smutną piosenkę, którą lubicie...
Heidi kręciła się w kółko, nerwowo spoglądając w stronę wyjścia dla pasażerów przylotu. Kilku pojedynczych ludzi przemknęło jej przed oczami, lecz nadal nie był to Brendon. Zrezygnowana usiadła na ławce obok, splatając dłonie na kolanach.
Pomyślała o wszystkim, co chciała mu powiedzieć. Było tego tak wiele.
Poczuła czyjeś usta na swoim karku. Delikatnie uśmiechnęła się do siebie.
-Przepraszam, że musiałaś czekać, ale musiałem jeszcze poddać się kontroli. Przepisy i inne bzdety…- Westchnął Urie i przytulił mocno Heidi.
-Cieszę się, że jesteś.- Powiedziała Heidi.
-Stęskniłem się za Tobą.- Oświadczył Bden.
Dwójka zakochanych czule objęta w pasie opuściła halę przylotów, po czym wsiadła do żółtej taksówki. Po krótkiej podróży dotarli do hotelu na przedmieściach Londynu.
Oboje jednak podnieceni faktem wspólnego spędzenia czasu postanowili szybko pozałatwiać formalności, po czym opuścić hotel, udając się na spacer.
-Podoba Ci się życie w Londynie?- Zapytał Bden.
Heidi spojrzała na niego badawczo. Wiedziała, jakiej odpowiedzi oczekuję Brendon. Nie mogła jednak takiej mu udzielić.
-To miasto jest już cząstką mnie. Po ponad pięciu miesiącach znam tu każdy kąt. Uwielbiam klimat tych starych kamienic i tego poplątania londyńczyków.- Odpowiedziała zgodnie z prawdą Heidi.
Bden posmutniał.
-Brakuję mi jednak Ciebie i to jest dla mnie cholernie trudne, że nie mogę się z Tobą spotykać. Jednak obiecuję się poprawić, żebyśmy chociaż dwa razy na miesiąc się widywali. Wiem, że to nie wiele, ale na razie nie mogę stąd wyjechać…- Stwierdziła Heidi.
-Chodzi Ci o Ashley…- Domyślił się Bden.- A właśnie, może odwiedzimy ją? Jak ona sobie radzi w ciąży? Widocznie szybko się otrząsnęła po Ryanie, skoro zaszła w ciąże z kimś innym…- Powiedział.
-Nie mów o niej w ten sposób. Nie wiesz wszystkiego i…- Heidi przez chwilę się zawahała.
Brendon zatrzymał się.
-Czego nie wiem?- Zapytał.
-Ashley potrzebuję teraz mojej pomocy…Twojej też…I nie mów o niej jak o jakiejś dziwce, bo to dziecko jest Rossa!- Wycedziła Heidi.
-Ale…Przecież…Rozumiem, że mam nic nie mówić Ryanowi?- Brendon szybko zrozumiał, co tak naprawdę się dzieje.
-Wiedziałam, że mam mądrego chłopaka.- Stwierdziła Heidi.
-A ja mam wspaniałą dziewczynę…Teraz rozumiem, dlaczego nie chcesz opuścić Ash…- Powiedział Bden.
-Wiesz, zadzwonię do niej i powiem, że ją odwiedzimy.- Zaproponowała Heidi.
Wybrała numer przyjaciółki.
-Nie odbiera…- Zaniepokoiła się Heidi.
-Może nie ma jak…- Rzucił Bear.
-Nie, na pewno może. Czuję, że coś jest nie tak…Zawsze, kiedy coś jest z nią nie tak, czuję to.- Powiedziała Heidi.
Brendon złapał taksówkę i razem z Heidi wyruszyli w stronę mieszkania Ash…
Ashley z zaciekawieniem wertowała kolejne strony magazynu o modzie. Mimo tego, że jej przygoda z modą dobiegła końca, lub nastąpiła w niej przerwa, Ash z niekrytą fascynacją interesowała się nowinkami z świata mody.
Usłyszała pukanie do drzwi. Z ociąganiem podniosła się z fotela, odkładając gazetę, ruszyła w stronę drzwi.
-Cześć, Ash.- Powitał ją Patrick.- Nie przeszkadzam?
-Wejdź.- Powiedziała Ash.
Oboje poczłapali do salonu. Patrick stanął przy oknie, wpatrując się w rosnącą po przeciwległej stronie ulicy tuję.
-Ash, kocham Cię.- Powiedział, po czym spojrzał jej w oczy.
Jego oczy błyszczały nienaturalnie i szaleńczo. Ash przestraszyła się tego spojrzenia. Patrick dotknął jej policzka.
-Pragnę Cię Ashley.- Wyszeptał, po czym zaczął ją całować.
Rozpiął zamek jej bluzki. Ashley odepchnęła go.
-Oszalałeś? Jestem w ciąży…Poza tym nie chcę tego!- Broniła się Ash.
-Za późno, suko!- Powiedział Patrick.
Chłopak zaczął z szałem zdzierać ubrania z dziewczyny. Ash zaczęła krzyczeć. Patrick uderzył ją w twarz. Poczuła, jak po jej policzku płynie krew. Zaczęła uderzać w chłopaka. Patrick po raz drugi uderzył ją w twarz, po czym rzuciła na łóżko. Rozerwał jej spodnie, a po chwili zrzucił majtki.
-Proszę, nie rób tego…Proszę…- Płakała Ash.
Patrick jednak chciał zaspokoić swoje chore żądze. Ash uderzyła do mocno w brzuch. Chłopak zatoczył się. Ash podbiegła do drzwi. Patrick był jednak silniejszy. Uderzył dziewczynę, która po chwili leżała już na podłodze. Ash zauważyła, że Patrick zamierza kopnąć ją w brzuch. W obronie dziecka skuliła się i zakryła swoim tułowiem nienarodzone dziecko. Poczuła ogromny ból, który przeszył jej ciało zaraz po tym, jak Patrick uderzył ją w głowę. Straciła przytomność.
przytomność tym samym czasie do mieszkania wbiegł Brendon i Heidi.
-Ashley!- Krzyknęła Heidi, po czym padła u stóp nieprzytomnej półnagiej przyjaciółki.
-Ty bydlaku!- Wrzasnął Bden po czym uderzył Patricka.- Heidi, dzwoń po karetkę.
Dziewczyna wykonała polecenie. Bden Uderzył po raz kolejny zwyrodnialca, który leżał już teraz bezsilny na podłodze…
Po kilku minutach zjawiła się karetka pogotowia.
-Panie doktorze, proszę ją ratować!- Powtarzała Heidi.
Karetka odjechała. Roztrzęsiona Heidi wtuliła się w Brendona. Niewiele ją teraz obchodziło, co policja zrobi z Patrickiem. Pragnęła tylko, aby jej przyjaciółka przeżyła. Aby ona i dziecko przeżyło.
-Dlaczego to właśnie ją spotyka tyle złych rzeczy…- Powiedział Bden.
Nie oczekiwał na odpowiedź.
Po chwili jazdy byli już w szpitalu, gdzie przywieziono Ashley.
Posępni siedzieli na korytarzu izby przyjęć.
-Państwo są przyjaciółmi panny Johnson?- Zapytał jakiś lekarz.
Oboje pokiwali głową.
-Poszkodowana miała dużo szczęścia. Przeżyję.- Powiedział lekarz.
- A dziecko?- Zapytała Heidi.
-To niesamowite, ale ta dziewczyna miała na tyle sił i zimnej krwi aby pomyśleć nie o sobie, a o nienarodzonym dziecku…Dziecko jest całe i zdrowe, poszkodowana obroniła je zakrywając je swoim ciałem, przez co ma wiele obrażeń na głowie. Na całe szczęście, po jakimś tygodniu wasza przyjaciółka dojdzie do siebie. A dziecko też prawdopodobnie za kilka dni opuści jej brzuch…Szczęście w nieszczęściu…- Podsumował lekarz.
Heidi i Bden padli sobie w ramiona…
A i jeszcze coś...W komentarzach piszcie, jaką smutną piosenkę włączyliście sobie XD
komentarze [19]Tyle samotnych dróg musiałem przejść bez Ciebie... >> niedziela, 14 października 2007 13:47:51
Zza chmur zaczęło wyłaniać się słońce, ogrzewając zziębniętych i sfrustrowanych beznadziejną pogodą ludzi, która pieściła mieszkańców Londynu od dłuższego czasu.
Spojrzałam z uśmiechem na ulicę, gdzie w kałuży odbijało się światło słoneczne.
-Wreszcie wiosna…- Westchnęłam i rozłożyłam szeroko ramiona.
-W moim sercu też.- Usłyszałam czyjś głos.
Odwróciłam się. Teraz znalazłam się w niezbyt przyjemnej pozycji. Stałam twarzą w twarz z Patrickiem. Czułam jego równy oddech na swojej twarzy. Przez chwilę staliśmy w bez ruchu. Jednak szybko doszłam do siebie i odsunęłam się o krok.
-W końcu Cię znalazłem.- Powiedział Patrick.
-Szkoda, bo ja wcale Ciebie nie szukałam. – Odpowiedziałam.
-Widzę, że temperament nadal ten sam.- Stwierdził Anglik, po czym widząc moją minę szybko dodał – Przepraszam. Może moglibyśmy porozmawiać w jakimś normalnym i cywilizowanym miejscu?
Prze chwilę zastanawiałam się nad całą tą sytuacją. Patrick był wysokim rudzielcem, o kanciastych kształtach twarzy i niesamowitym szerokim uśmiechu. Ubrany był w zwykłe adidasy, dżinsy, oraz za szeroką koszulę w kratkę. Nie był to zniewalający widok, ale ten chłopak urzekł mnie czymś.
-Znam fajną knajpkę niedaleko.- Zaoponowałam, po czym ruszyliśmy przed siebie.
Zanim doszliśmy, dowiedziałam się o nim tylko tego, że dorabia jako DJ i mieszka z kolegą w jakichś slumsach. Ja natomiast nie wspomniałam o niczym, co wiązałoby się z moim dotychczasowym życiem. Chyba widok samotnej dziewczyny z brzuchem powinien mówić o wszystkim. Zajęliśmy miejsca przy oknie, bo Patrick upierał się, żebyśmy właśnie tam usiedli. Ja nie zamierzałam go unieszczęśliwiać więc bez zbędnych narzekań usiadłam w wyznaczonym przez niego miejscu.
-Po proszę wodę mineralną z cytryną. – Zwróciłam się do kelnera.
-Dla mnie sok bananowy.- Dodał Patrick i uśmiechnął się w specyficzny dla niego sposób.
Przyjrzałam się rzędom idealnie białych zębów.
-Który miesiąc?- Zapytał.
Odruchowo położyłam dłoń na brzuchu i z dumą odpowiedziałam.
-6 miesiąc.- Powiedziałam.
-Czyli już za niedługo w Twoim życiu pojawi się rozwrzeszczany bobas…- Skwitował.
Kelner przyniósł nam nasze zamówienia.
-To, że zostaniesz matką, już wiem. Opowiedz mi coś jeszcze o sobie.- Poprosił.
-Przez 16 lat mieszkałam w Las Vegas.- Powiedziałam i uśmiechnęłam się sama do siebie, na wspomnienie o tamtych czasach.- Przez dwa lata zagościłam w Nowym Jorku. A od 4 miesięcy moim domem jest Londyn. Na razie nie pracuję.- Skwitowałam, uważając, że tyle informacji powinien wiedzieć na początek Patrick.
-Dużo przeżyłaś.- Powiedział.- A co z ojcem dziecka?
Sięgnęłam po szklankę wody i wzięłam duży łyk.
-Nie jesteśmy ze sobą od prawie pół roku. Nic szczególnego. Sama poradzę sobie z wychowaniem dziecka.- Odpowiedziałam.
-Jesteś silna i niezależna.- Zauważył Patrick.
-Tego nauczyło mnie życie.- Stwierdziłam.
Patrick przez chwilę błądził wzrokiem gdzieś za oknem. Niepewnie zaczęłam postukiwać w szklankę.
-A jak samochód?- Zapytałam.
Patrick uśmiechnął się szeroko i spojrzał na mnie wesoło.
-W porządku. Wymieniłem zderzak i po stłuczce nie ma ani śladu. Jedynie trwały ślad pozostał w moim sercu. Dzięki Tobie.- Powiedział wypowiadając każde słowo wyraźnie i dobitnie.
-Dzięki za miło spędzony czas.- Powiedziałam pośpiesznie.- Muszę już lecieć. Do zobaczenia.
Narzuciłam płaszcz i opuściłam lokal. Nie patrząc w stronę okien pośpiesznie oddaliłam się i w końcu dotarłam do domu. Zamknęłam drzwi za sobą i oparłam się o nie.
-Szaleństwo.- Westchnęłam.
-Co jest szaleństwem?- Usłyszałam czyjś głos.
Po chwili z pokoju wyłonił się tato. Podbiegłam do niego i jak mała dziewczynka wtuliłam się w jego silne ramiona. Poczułam zapach perfum. Były obce. Zawsze tato używał ulubionych perfum mamy dla mężczyzn: Life Essence by Fendi. Teraz poczułam, że wtulam się w obcego człowieka. Wydarzenia, które miały miejsce chwilę później jeszcze bardziej mnie w tym utwierdziły.
Na kanapie w salonie siedziała jakaś obca mi kobieta. Miała krótkie blond włosy, staranny elegancki makijaż. Była ubrana w różowy kostium. Buty na koturnie. Torba od Louis Vuitton’a. Uśmiechnęła się delikatnie, choć przez chwilę zastanawiałam się, czy był to rzeczywiście uśmiech, a może tylko grymas twarzy na mój widok. Ta kobieta wydała mi się być niezwykle oziębłą, dlatego niemożliwe zdawało się, aby na jej twarzy zagościł jakikolwiek wyraz emocji.
-Ashley Christine, przedstawiam Ci Marie, moją narzeczoną.- Wycedził ojciec.
Przez chwilę stałam w osłupieniu i wpatrywałam się w twarz kobiety. Kiedy właściwie ojciec ostatnio użył jej pełnego imienia? Czy kiedykolwiek to robił dotychczas?
Ojciec podszedł do Marie i objął ją ramieniem. Przeszedł mnie dreszcz.
-Gdzie Nick?- Zapytałam, czekając aż sprawa samoistnie nabierze jasnych do zrozumienia barw.
-Razem z Marie uważamy, że Nicolas nie powinien przerywać nauki, a oprócz tego ta podróż byłaby tylko męczącą i zbędną dla młodego chłopca.- Odpowiedział ojciec, który właściwie stał się teraz dla mnie zupełnie obcym człowiekiem.
-Chciałam zobaczyć się z bratem.- Powiedziałam.- Przepraszam, ale chciałabym porozmawiać z tatą w cztery oczy.
Marie spojrzała wyniośle na ojca.
-Nie mamy między sobą żadnych tajemnic. Marie uważa…- Zaczął tato.
-Marie uważa! Marie twierdzi! Czy ty słyszysz to, co mówisz? Ta kobieta manipuluję Tobą i od paru ładnych chwil zastanawiam się, z kim ja właściwie rozmawiam. Nie wiem, kim teraz jesteś. Gdzie zniknął mój tato? Pozwalasz, aby Marie ingerowała w Twoje życie mimo tego, że nie ma takiego prawa. I nie rozumiem, jak mogłeś to nam zrobić?! Jak mogłeś zawieść mnie, Nicka?! Jak mogłeś zapomnieć o mamie?!- Wykrzyczałam po czym pobiegłam do łazienki.
Po policzkach popłynęły mi łzy. Spojrzałam w lustro. Widok dziewczyny w odbiciu lustra był żałosny. Smutek i gniew. W jej oczach widać je było całkiem wyraźnie.
-Mamo, pozwól mi być dobrą matką dla mojego dziecka…Niech nigdy nie cierpi ono z powodu braku i miłości ukochanej matki…- Wyszeptałam.
Kiedy wróciłam do pokoju, ojca oraz jego pożal się Boże ‘partnerki życiowej’ nie było.
Usiadłam wygodnie na fotelu i spojrzałam w sufit. Już od tego momentu postanowiłam zacząć pracować na przyszłość mojego dziecka. Pierwsza sprawa: znaleźć odpowiedniego ojca. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, co wydarzyło się dziś w knajpce.
Może powinnam dać szansę Patrickowi? Mógłby być ojcem mojego dziecka…
W powietrzu unosił się niesamowity zapach kwitnących drzew migdałowca. Niebo Nowego Jorku było o tej porze barwy różowej, a po jego przestrzeni jak czarne plamy szybowały jastrzębie zamieszkujące Central Park. Spojrzałem na zegarek. 19.00. Jeśli pójdę pieszo, w najgorszym wypadku za godzinę będę na miejscu. Cóż, nie śpieszy mi się specjalnie.
Wolnym krokiem zmierzałem w kierunku nowego biznesu Wentz’a. Do diabła! Czego nie jestem już pełnoletni! Wtedy wspólnie zainwestowalibyśmy w klub rozpusty i grzechu, rządzący się prawami Sex, drugs and Rock and Roll…Ale Ty masz Brendon zryty beret! Nasrane we łbie i tyle. Gdzie Twoja mormońska natura i poczucie godności? Prędzej bym się pochlastał, niż bym tknął jakąś lalunię przed ślubem…Tym bardziej, że kuszą one niesamowicie. Gdyby Heidi wiedziała, jak się poświęcam…Po jakimś czasie, spędzonym na dłuższych rozmyślaniach związanych ze sprawą wegetacji gatunku męskiego na tym świecie, dotarłem do Angels & Kings, jak dumnie głosiło logo knajpki. W środku tłoczyło się już wielu ‘zwykłych’ nowojorczyków, oraz Pete i reszta ekipy z Decaydance. Poinformowałem wszystkich o swoim przybyciu po czym zniknąłem gdzieś w tłumie ludzi, będących na otwarciu lokalu. Rozejrzałem się po wnętrzu. Surowe, ale z klasą i odpowiednim klimatem. Chciałem odszukać tego platfusa Ryana, ale z trudem mogłem dostrzec kogoś podobnego do przyjaciela. Zrezygnowany usiadłem w kącie pomieszczenia i zająłem się polerowaniem stolika. Po chwili dosiadł się do mnie Joe.
-Urie, co Cię gryzie?- Zapytał Trohman.
Spojrzałem na niego jak na głupka i w całości oddałem się wcześniej wspomnianej czynności.
-Skoro tak ci się to podoba, to może warto by było się zastanowić nad zatrudnieniem Cię.- Stwierdził Joe.
Nie skomentowałem tego. Po prostu wyszedłem jak palant obrzucając wszystkich gniewnym spojrzeniem i wykręciłem numer Heidi. Abonent czasowo niedostępny. Kurwa!
Kopnąłem kamyk przed sobą i o mało nie przewróciłem się. Wsadziłem dłonie do kieszeni marynarki i zacząłem śpiewać piosenkę Avril Lavigne – Losing Grip. Czułem się jak głupek śpiewając piosenkę wykonywaną przez laskę, ale w tym momencie tylko na to było mnie stać.
-Why should I care? Cuz you weren't there when I was scared I was so alone...- Darłem się wyrzucając złość i bezradność.
-Gdybyś był mądry, pojechałbyś do niej, albo poprosił byś ją, żeby wróciła do Ciebie.- Usłyszałem czyjś głos.
Ryan stał pod drzewem. Jego oczy lśniły nienaturalnym blaskiem.
-Ja już raz pozwoliłem pozbawić siebie kobiety. Przestałem dbać o związek mój i Ashley. Przez to nie potrafiłem kochać i dać jej tyle szczęścia na ile zasługiwała…Nienawidzę się za to, że spieprzyłem tą sprawę i teraz nawet nie możemy ze sobą porozmawiać. Przemyśl to wszystko. Jeśli Ci zależy na Heidi, leć do niej…- Skwitował Ryan i wszedł do środka Angels and Kings.
Usiadłem na krawężniku. Będę miał całą noc na przemyślenie tych wszystkich spraw.
Uważam, że notka za krótka i zbyt pobieżna...Oraz za mało akcji...Ale to tylko moje skromne zdanie :]
Niedługo dodam opis Patricka, muszę tylko zeskanować z albumu zdjęcie kolegi XD.
I jeszcze taka mała sugestia...
Wchodzić na tego bloga: www.silent.mylog.pl : bo naprawdę warto!
I kolejna wredna reklama...Zapraszam również na www.outofcontrol.mylog.pl
komentarze [11]Czy coś może być jednak dobrze? >> poniedziałek, 8 października 2007 18:15:36
Rzuciłem kluczyki gdzieś w kąt korytarza i z furią popędziłem do salonu. Starałem się opanować, ale czułem, że za chwilę wyjdę z siebie. Popchnąłem drzwi. Nie zaskoczyło. Tym razem naparłem na nie z całej siły. Wpadłem do środka. Poprawiłem okulary, które niezdarnie przekrzywiły się na nosie i wbiłem wzrok w kanapę, na której leżał Ryan i wijąca się wokół niego Keltie.
-Brendon, co jest sromie?- Zapytał Ross.
-Gdybym nie znał Cię od paru ładnych lat, to może uwierzyłbym, że sodówka uderzyła Ci do głowy. Ale teraz to, co robisz przechodzi ludzkie pojęcie i uwierz mi sam już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.- Zarzuciłem mu.
-O czym ty mówisz? Jestem tu z kobietą, gdybyś nie zauważył.- Odparł Ryan.
-W tym rzecz. Jej poświęcasz całą swoją uwagę i nie masz czasu na to, co może jest najważniejszą rzeczą. Zapominasz o tym, że mamy zobowiązania i zespół to nasza wspólna sprawa. Nie widzisz, co to ścierwo z Ciebie robi?- Powiedziałem i oparłem się o ścianę.
Ryan podniósł się i już po chwili wymierzał mi cios w twarz. Chwyciłem go za rękę i spojrzałem w oczy. Nigdy nie przypuszczałem, że on może podnieść na mnie rękę z powodu kobiety. Tej kobiety.
-Chyba już sobie wszystko wyjaśniliśmy.- Wyszeptałem i wybiegłem z domu.
Wsiadłem do samochodu. Oparłem dłonie na kierownicy i przez chwilę wpatrywałem się w przestrzeń za szybą. Czułem, że opuszczają mnie wszystkie siły. Może niepotrzebnie naskoczyłem na niego, ale nie mogłem już milczeć. Ktoś musiał do niego dotrzeć. W jakiś określony sposób. Dobra, zaraz. Dlaczego Ty się Brendon usprawiedliwiasz? Jeśli nie Ty, to ktoś inny powiedziałby Ryanowi kilka gorzkich słów.
Odpaliłem samochód i popędziłem przed siebie. Po chwili byłem już przed studiem tatuażu. Podobno to biznes kolesia od Zacka. Niepewnie rozejrzałem się po okolicy. Osiedle jak osiedle. Wszedłem do środka. Przy wejściu siedziało kilku wytatuowanych kolesi popijających piwo i zaciągających się fajkami. Właśnie w ten sposób zawsze wyobrażałem sobie takie miejsca. Pełno wytatuowanych hardcorowców w pomieszczeniu zadymionym od średniej jakości cygar. Przecisnąłem się przez tą grupkę i podszedłem do masywnego gościa, który był wytatuowany na maksa. Obok niego siedział nasz ochroniarz, Zack.
-Cześć.- Rzuciłem odrobinę speszony.
-O, Brendon. – Zareagował Zack.- Andy, poznaj kolesia, nad którym zataczam skrzydła swej opieki.
-Chyba raczej Twój olbrzymi brzuch wypełniony piwskiem.- Zażartował Andy.
-Miło mi poznać.- Powiedziałem.- Chciałbym sobie zrobić tatuaż…
Zack zmierzył mnie wzrokiem. Chyba trochę go zaskoczyłem. Sam siebie zaskoczyłem tą decyzją.
-Trafiłeś pod dobry adres. Chodź.- Skwitował Andy i oboje ruszyliśmy w stronę zielonych drzwi.
Zająłem miejsce na fotelu pod oknem i objąłem wzrokiem cały sprzęt znajdujący się w tym pomieszczeniu.
-Jaki wzór wybrałeś?- Zapytał.
Dobre pytanie.
-Siedem klawiszy pianina na ramieniu. – Powiedziałem.
Andy nie skomentował tego, tylko od razu wziął się do roboty.
-Tu nie ma miejsca na ból.- Powiedział tylko, moment przed tym, jak wkuł się w skórę.
Przez moment zdrętwiałem, ale po chwili ból zmienił się w lekkie szczypanie. Właściwie zapomniałem o nim, kiedy przypomniałem sobie twarz Ryana, który nienawidzi mnie z całego serca. Po jakimś czasie spojrzałem na swoje ramię.
-Gotowe.- Powiedział Andy.
-Ekstra!- Stwierdziłem.
Wróciliśmy do Zacka. Ochroniarz przyjrzał się mi uważnie i uśmiechnął się delikatnie.
-Całkiem do rzeczy. – Skwitował.
Porozmawiałem chwilę z nimi po czym opuściłem salon.
Spojrzałem na wyświetlacz komórki. Chyba liczyłem na to, że Ryan się odezwie. Tę noc postanowiłem spędzić w swoim rodzinnym domu. Nie chciałbym spotykać podirytowanego Ryanka, który ostatnio potrafi spieprzyć każdą sprawę. Podjechałem pod dom. Rodzice ucieszyli się z tego, że mają swojego ukochanego synka dla siebie. Szkoda tylko, że nie zauważają tego, że czuję się fatalnie. Wszystkiego mieć nie można, nie?
Po długim wieczorze postanowiłem pójść spać. A ojcu jeszcze nie pokazałem tatuaża. Chyba by mnie zrył.
Otworzyłem oczy. Leżałem na swoim łóżku we wspólnym domu Panic!
Przez chwilę zastanawiałem się, co ja tu robię. Spojrzałem na miejsce obok. Leżał tam Ryan. Zerwałem się na równe nogi krzycząc. Ross przekręcił się na drugi bok i mruknął coś pod nosem. Po chwili stał już obok mnie.
-Masz rację, straszna szmata z tej Keltie. Powinienem zawsze Cię słuchać.- Powiedział Ryan po czym przybliżył się do mnie i pocałował.
Przez chwilę nie wiedziałem co zrobić. Zaraz jednak odepchnąłem go od siebie i zacząłem krzyczeć.
-Nie będę tej twojej parszywej mordy lizał!- Powiedziałem.
-Brendon, Ty mnie nie chcesz?- Zapytał Ryan i rozpłakał się.
Boże, co się kurwa porobiło? Przecież to jakaś paranoja? Spojrzałem na Ryana. Nagle stał się pięciolatkiem.
-Bden mnie nie kocha…- Zalewał się płaczem mały Ryanek.
-Kocham Cię, Ryan!- Krzyknąłem.
Ryan zaczął się zmieniać na moich oczach i znów był tym Ryanem z roku 2007. Chciałem go przytulić. Wtedy wszystko się rozmyło.
Podniosłem się. Byłem w swoim pokoju w domu rodziców.
Spojrzałem na zegarek. 5.47. To był sen. Do rana nie mogłem już usnąć. To było potworne. Do tej pory czułem na swoich ustach usta Ryana. Skąd takie głupie sny? Postanowiłem pojechać do Ryana i z nim pogadać.
Gdy dotarłem do domu, zastałem w nim tylko Ryana. Siedział w kuchni i obgryzał paznokcie. Tutaj nic mnie nie dziwi.
-Hej Ry! Możemy pogadać?- Zapytałem.
-Wczoraj chyba powiedziałeś wszystko, co chciałeś…- Powiedział oschle.
-Ryan, może zareagowałem za ostro, ale człowieku, z każdym dniem stajesz się całkiem inny…I to mnie przeraża, bo wszystko olewasz…- Stwierdziłem.
-Fakt, twoje zachowanie było lekko przesadzone, ale wiem, że to co mówisz, jest prawdą…Przepraszam.- Skwitował.
-Ja Ciebie też.- Powiedziałem.- A skoro już rozmawiamy, to miałeś może dziś jakiś dziwny sen? Albo ostatnio?
-Hmmm…Zastanówmy się. Jeśli nie liczyć snu, gdzie śniły mi się gremliny to nie. – Odpowiedział.
-Aha…- Westchnąłem.-Patrz, co sobie zrobiłem.- Odsłoniłem tatuaż.
-Chłopaki, wyłazić zza kanapy! Brendon ma tatuaż!- Wydarł się Ryan.
Po chwili zza kanapy rzeczywiście wyskoczyli Jon i Spencer…
Szybko maszerowałam na spotkanie o pracę. A właściwie to miało być coś w stylu umowa – zlecenie. Tylko na tyle mogę liczyć teraz, podczas ciąży. Spojrzałam na zegarek. Już nie zdążę na czas. Odpuściłam sobie. Wyciągnęłam komórkę z kieszeni i wybrałam numer Audrey.
-Cześć krejzolko!- Powiedziałam.
-Hej wieśniaku!- Odpowiedziała Aud.- Jakie to siły wyższe popchnęły Cię do wykonania trudnego procederu wybrania numery przyjaciółki?
-Tym razem żadne. Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór?- Zapytałam.
-O, właśnie mi przypomniałaś, że zapraszam Cię do mnie na parapetówę…W końcu jakoś trzeba zacząć to swoje pochrzanione życie w Londynie…Swoją drogą to dziwne, że wszystkie skończyłyśmy w tym mieście…Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że będę szukać szczęścia w europejskim mieście, w którym na dodatek prawie zawsze leje!- Stwierdziła Audrey.
-Niezbadane są wyroki boskie siostro.- Skwitowałam.- A co do tej parapetówy to z chęcią się pojawię. O której mam przyjść? Pomogę Ci z przygotowaniem…
-Możesz nawet i teraz. Ale weź jeszcze po drodze zgarnij Heidi. – Poprosiła i po wysłaniu całusa przez słuchawkę rozłączyła się.
Wzięłam swój samochód i pojechałam po Heidi. Zaparkowałam czarne BMW pod kamienicą i zapukałam do drzwi.
-Słońce, jedziemy do Audrey!- Poinformowałam ją i po chwili obie siedziałyśmy już w moim samochodzie.
Wyczułam, że Heidi jest zasmucona.
-Hej, hej…Co się tam dzieje?- Zapytałam.
Heidi wyprostowała się i nabrała powietrza.
-Nic.- Zbyła mnie.
-Proszę Cię…Znamy się już wystarczająco długo, że wiem, kiedy coś jest nie tak.- Powiedziałam.
-Wiesz, między mną a Żółwikiem nie dzieje się teraz dobrze. Ja jestem tu, Brendon w Las Vegas. To nie ma sensu. Boję się, że nie będziemy mogli tak dalej funkcjonować i będziemy żyli dalej w ‘niby związku’ dopóki jedno z nas nie zrobi jakiejś głupoty.- Wyżaliła się Heidi.
-Żałuję, ale nie mogę Ci powiedzieć, że się mylisz. Sama popełniłam ten błąd i dlatego teraz sama będę wychowywać swoje dziecko.- Powiedziałam i gwałtownie skręciłam w lewo.
Usłyszałam huk. Spojrzałam przed siebie. Wjechałam w drugi samochód. Spojrzałam na Heidi. Przyjaciółka była cała i zdrowa. Ja chyba też. Powoli wygramoliłam się z samochodu.
-Nic paniom nie jest?- Zapytał jakiś chłopak, kierowca samochodu, z którym miałam stłuczenie.
-Tak. To znaczy chyba wszystko jest OK.- Odpowiedziałam.
-Całe szczęście, że zauważyłem pani samochód wcześniej. To tylko małe wgięcie, nic poważnego.- Stwierdził.
-Czy mamy wezwać policję?- Zapytałam.
-Nie ma chyba takiej potrzeby. Wymienię zderzak i po sprawie. Chyba, ze chcesz przegrać sprawę o to, z czyjej winy to wszystko się stało…- Powiedział chłopak i uśmiechnął się.
-Raczej wolałabym sobie odpuścić procesy sądowe. Przepraszam, ale śpieszę się. – Powiedziałam i wsiadłam do samochodu.
-Jest pani bardzo sympatyczna. Tylko pozazdrościć amerykanom takich kierowców.- Skwitował i odjechał.
Heidi przez kilka chwil stała oparta o drzwi samochodu.
-Widziałaś, jak na Ciebie patrzył?- Zapytała przyjaciółka.
-Przestań…Zrobiłam z siebie idiotkę przy tym palancie! Lepiej już jedźmy…- Ucięłam i odjechałam.
Do wieczora zapomniałam o całym nieprzyjemnym incydencie.
U Audrey pojawiło się kilka osób, które znałam tylko z widzenia, więc po zamienieniu kilku zdań z gośćmi, postanowiłam porozmawiać z Heidi.
Przyjaciółka siedziała na dużym, różowym fotelu. Uśmiechnęłam się na ten widok, bo wyglądała jak Alicja w Krainie Czarów. Kiedy dostrzegłam jednak jej łzy, postanowiłam coś z tym zrobić.
-Heidi, chcesz pogadać?- Zapytałam.
Przyjaciółka pokręciła głową.
-W takim razie posiedzimy tutaj razem.- Stwierdziłam i przytuliłam Heidi.
-Zamoczę Ci całą bluzkę.- Zaszlochała Heidi.
-Jeśli to Ci pomoże, to nie mam nic przeciwko.- Powiedziałam.
Jeszcze przez jakiś czas siedziałyśmy tak razem w ciszy. Gdy jednak zrobiło się już późno, zmęczona wróciłam do domu. W skrzynce pocztowej znalazłam osobliwy liścik:
Przepraszam za te krytyczne słowa kierowane pod Twoim adresem…Jeśli amerykańscy kierowcy są choć w połowie śliczni jak Ty, to z chęcią wezmę udział w jeszcze kilku, kolejnych stłuczkach…Dasz mi szansę? Patrick…
komentarze [7]Easy...But... >> piątek, 5 października 2007 22:16:04
Na razie brak notki, spowodowany brakiem czasu...A ta notka napisana jest pod wpływem...no właśnie...Czego? Nieistotne. W każdym bądź razie poszukuję kogoś, kto zrobiłby mi prosty i fajny szablon na tego bloga! Ten znudził mi się, kolory mi już nie odpowiadają i po prostu oczekuję czegoś innego od szablonu, który ma w pewien sposób odzwierciedlać to, co zawarte na tym blogu. Niech Bóg was błogosławi!
Jeśli ktoś chciałby wykonać szablon to pisać w komentarzach!
komentarze [4]But no matter what you'll never see me cry >> niedziela, 30 września 2007 17:06:01
Notka krótka...
-Jak się czuję przyszła mama?- Zapytała Heidi.
-Cudnie. Nudzi mi się już tylko czytanie tych wszystkich poradników dla kobiet w ciąży. Wiem, okropna jestem. Ale całe szczęście przyszła ciocia Heidi i pomoże mi spędzić ten czas przyjemnie!- Stwierdziłam, po czym obie wybuchłyśmy śmiechem.- Wiesz, do tej pory nie mogę uwierzyć, że za kilka miesięcy będę mamą. Mam 19 lat a za sobą już tyle zawirowań…
-A teraz przyszedł czas, aby jechać już cały czas po prostej.- Stwierdziła Heidi.- Wiesz, właściwie to chciałam się Ciebie o coś zapytać.
Usiadłyśmy na moim łóżku.
-Masz kontakt z Audrey?- Spytała przyjaciółka.
-Wiesz, próbowałam się z nią kilka razy skontaktować, ale zawsze bezskutecznie.- Odpowiedziałam.
-Trochę mnie to martwi. Ale obie dobrze wiemy, jaka jest Aud…Ma tysiąc innych spraw...
…Leżałam w hotelowym pokoju i wpatrywałam się w sufit. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mogłam beztrosko patrzeć się w sufit i nie ruszyć najmniejszym palcem u nogi. Boskie uczucie. Delikatnie kręci mi się w głowie. Od dwóch miesięcy jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. To niewiarygodne, jak jeden facet może narobić bonanzy w moim życiu. Audrey, nie jesteś szmatą! Umawiasz się z najgorętszym kolesiem na całym świecie! Słyszę czyjeś pukanie. Zaraz, czy to się dzieje w moim umyślę, czy naprawdę ktoś puka do drzwi. Przydałoby się sprawdzić.
-Audrey?- usłyszałam zdezorientowany głos Brendona.
-Nie, Twoja matka, Brendonku…- Odpowiedziałam i wciągnęłam bubka do środka.- Miło Cię widzieć.- Powiedziałam, choć tak naprawdę nie mogłam dokładnie dostrzec, kto siedzi przede mną.
-Audrey…Co się dzieje?- Zapytał Urie.
-A co ma się dziać?- Zapytałam spokojnie.
Usłyszałam jak Brendon chrząka i przełyka ślinę. Rany, czułam się jak niewidoma.
-Wiesz, zmieniłaś się…- Orzekł Bden.
-No coś Ty…- Skwitowałam jego wypowiedź.- Brendon, możesz mi powiedzieć, o co Ci chodzi? Nie czuję się komfortowo, kiedy mówisz do mnie półsłówkami…W ogóle nie czuję się dobrze.
-No właśnie…- Szepnął.
-Brendon!- Wydarłam się na niego, jednak czułam, jak mój głos rozpływa się w nicości, niesiony przez echo.
-Audrey, jesteś chora! Widziałaś się w lustrze?! Masz podkrążone oczy, zapadnięte policzki! Siedzenie sprawia Ci trudność! Co się stało?! Masz anoreksje!- Wykrzyczał mi w twarz.
Do oczu napłynęły mi łzy. Czułam, jak ogarnia mnie wściekłość! Ten typ gada od rzeczy! W dodatku krzyczy na mnie…Brendon, nie masz prawa!
-Wyjdź.- Powiedziałam.
-Audrey, nie rób tego. Chcę Ci pomóc!- Bronił się.
-Wynoś się stąd!- Wrzasnęłam.
Zostałam sama w pokoju. Zaczęłam przeszukiwać swoją torbę. W końcu znalazłam odpowiednie tabletki. Połknęłam jedną. Po chwili wszystko było już ze mną w porządku. Mogłam normalnie widzieć. Zrzuciłam ubrania i spojrzałam w lustro. Każda kość była widoczna. Piersi były zapadnięte. Szybko nałożyłam obranie, nie mogąc dłużej patrzeć się w swoje odbicie.
-Co oni wszyscy o mnie wiedzą? Tylko Jared mnie rozumie.- Powiedziałam do swojego odbicia i wybiegłam z hotelu.
Z prędkością światła pokonałam kilkanaście przecznic i w końcu dotarłam do hotelu, w którym przeprowadzany był wywiad z Jaredem. Recepcjonistka nie chciała mnie wpuścić, a jakaś dystyngowana kobieta spojrzała na mnie z odrazą i pogardą, kiedy mijałam ją na schodach. Wywiad właśnie dobiegł końca.
-Jared!- Krzyknęłam i wtuliłam się w ramiona Leto.
-Audrey! Co się stało?- Zapytał troskliwie.
-Wszystko...- Stwierdziłam.- A właściwie to chciałam Cię zobaczyć.- Dodałam szybko.
-Jadłaś już coś?- Zapytał.
-Tak.- Skłamałam.
-W takim razie zabieram Cię na spacer.- Stwierdził i po chwili biegliśmy już ulicami Nowego Jorku.
Na dworze było chłodno. Wtuliłam się w ramię Jareda.
-Cieszę się, że Ciebie mam.- Powiedziałam.
Jared spojrzał na mnie tymi swoimi mądrymi oczami i uśmiechnął się.
-Słyszałem, że miałaś dziś gościa.- Powiedział.
Zatrzymałam się.
-Szpiegujesz mnie?- Zapytałam.
-Ja bym to nazwał Troską o Twoje bezpieczeństwo.- Powiedział i zanim zdążyłam zrobić cokolwiek wbił swoje usta w moje.
Aaaa!!!! Chyba się posikam! Spokój, Aud! Miej honor. Jared nie chcę się umawiać z sikającą w majtki panienką!
-Zimno mi, chodźmy do hotelu.- Powiedział Jared.
Na mojej twarzyczce zagościł potężny banan! Nawet Brendon nie byłby w stanie mnie pobić. Ale zaraz, chwila. Żadnych wzmianek o tym pachołku!
W końcu dotarliśmy do hotelu. Rzuciłam swoją kurtkę i usiadłam na fotelu. Jared zniknął gdzieś w sąsiednim pokoju. Gdy wrócił, o mały włos nie pękłam ze śmiechu. Miał na sobie taką śmieszną różową koszulę w Gumisie…
-No wiesz? Jesteś okropna…- Powiedział z udawanym oburzeniem.
-Tak? To ty jesteś potworny! Chcesz mnie zamęczyć na śmierć…Przez Ciebie będę się śmiać przez następne 2 godziny! Hahaha….- Powiedziałam.
-Serio? A już się zastanawiałem, jak się Ciebie pozbyć! A tu pomysł od samej poszkodowanej…- Powiedział Leto i zaczął wyginać się we wszystkie strony i skakać po pokoju jak orangutan erotoman!
Byłam już bliska płaczu…Ten człowiek jest przezabawny. Po serii wygłupów, teraz leżeliśmy na łóżku wtuleni w siebie.
-Stary jestem…- Westchnął Jared.
-To fakt…- drażniłam się z nim.
Leto wsadził mi palca w żebro, co spowodowało, że wydałam się z siebie osobliwy, piskliwy dźwięk.
-Tylko tak żartuję…- Broniłam się.
-Dobra, dobra. Już Ci nie wierzę.- Powiedział.
-I tak ze mną będziesz…- Powiedziałam.
-A to czemu?- Zapytał z zaciekawieniem.
-Bo gdzie Ty znajdziesz równie seksowną i wesołą Audrey?- Odpowiedziałam.
-Masz rację.- Skwitował i dał mi soczystego buziaka.- Poczekaj, zaraz wracam.
Jared znikł w łazience. Jego komórka, leżąca na stoliku obok łóżka zawibrowała. Przez chwilę wpatrywałam się to raz w stronę komórki, raz w stronę drzwi. W końcu chwyciłam telefon i odczytałam SMS-a.
Sue
Jared, kiedy dokończymy to, co zaczęliśmy dzisiaj? Kotku, jesteś cudowny…Mam nadzieję, że to, co mi powiedziałeś przez ten tydzień to nie były słowa rzucone na wiatr…Kocham Cię.
Szybko odłożyłam komórkę. Do pokoju wrócił Jared. Spojrzał na mnie z pożądaniem i zaczął delikatnie muskać moje wargi. Zamknęłam oczy. Nie mogłam uwierzyć w to, co przed chwilą przeczytałam. Jared pieścił moje ciało, a ja nie mogłam zapomnieć tego, co napisała jakaś Sue…Czy w ten sposób kończy się bajka?
Spojrzałam w lustro. Starannie wyprostowane włosy, przewiązane fantazyjnie czerwoną kokardką opadały na moje ramiona. Oczy podkreślone intensywnie czarną kredką. Usta krwiście czerwone. Przejechałam palcem po krótkiej czerwonej sukience podszytej czarnym tiulem. Na nogach czarne bokserki. Posłałam swojemu odbiciu smutnego całusa i wyszłam na dwór. Jared czekać miał na mnie przed hotelem. Jednak nikogo tam nie było. Spytałam odźwiernego czy nikt o mnie nie pytał. Nie było nikogo, kto pasowałby do opisu Jareda. Ruszyłam wolnym krokiem w stronę klubu, gdzie mieliśmy spędzić ten wieczór. W końcu tam dotarłam. Zapytałam kelnera, czy rezerwacja na nazwisko Leto została potwierdzona. Okazało się, że tak. Jared miał być podobno w pokoju dla vipów, zaciszny kącik. Wspięłam się tam szybko po schodach. Na czarnej kanapie zobaczyłam Jareda. Chciałam do niego pomachać, ale nagle moim oczom ukazała się jakaś blondynka. Oboje zaczęli się całować. A ja czułam, jak rozpadam się na setki kawałków. Czułam się oszukana i upokorzona. Wybiegłam zapłakana w klubu…
This time was different
Felt like, I was just a victim
And it cut me like a knife
When you walked out of my life
Now i'm, in this condition
And i've, got all the symptoms
Of a girl with a broken heart
But no matter what you'll never see me cry...
…Było dość późno. Ktoś zadzwonił do drzwi. Zapaliłam światło w korytarzu i poszłam otworzyć. Moim oczom ukazał się smutny obraz mojej przyjaciółki. Audrey była cała przemoczona. Makijaż był zniszczony. Śliczna czerwona sukienka i buty też.
-Nie miałam dokąd pójść…
komentarze [8]The D.A. is dressed to the nines In the mirror he practices all his lines To his closing argument twelve hearts beat in favor I'm guessing that he read the morning paper The headline reads "the man hangs, but the jury doesn't" >> sobota, 22 września 2007 20:53:53

Ulice są praktycznie puste. Kilka pojedynczych taksówek pędzi gdzieś w stronę centrum. Z nieba prószy delikatnie śnieg, pozostawiając na moich rzęsach maleńkie płatki. Przez chwilę wpatruję się w wystawę jednego ze sklepów. Moją uwagę przykuwa porcelanowa lalka. Stoi wysoko na półce. Zamykam oczy i staram się przypomnieć sobie ostatnie święta z mamą. Nie pamiętam zbyt wiele. Wiem tylko, że byłam wtedy szczęśliwa i bezpieczna. Spojrzałam jeszcze raz na wystawową lalkę. Nagle zabawka spadła z półki i z hukiem rozbiła się o podłogę. Odsunęłam się do tyłu. Z przerażeniem wpatrywałam się w miejsce, na którym jeszcze przed chwilą stała lalka. Chwyciłam swoje torby i zaczęłam biec w stronę lotniska. Czułam, jak łzy spadają po policzkach, jedna po drugiej. Po przebiegnięciu kilkunastu metrów musiałam się zatrzymać, by złapać trochę powietrza.
-Przepraszam, podwieźć panią gdzieś?- Usłyszałam czyjś głos za plecami.
Odwróciłam się. Jakiś starszy mężczyzna w taksówce spoglądał na mnie wyczekująco. Nie potrafiłam się poruszyć. Stałam tak dłuższą chwilę. Mężczyzna widocznie uznał mnie za idiotkę i rzucając kilka haseł w moją stronę, odjechał. Odwróciłam się na pięcie i z uniesioną wysoko głową ruszyłam przed siebie. Weź się w garść, do diabła!
Na lotnisku tłoczyło się kilkunastu ludzi. Widok osób, które dzielą prawdopodobnie mój los, w pewien sposób mnie satysfakcjonował.
Nie tylko ja ten dzisiejszy dzień spędzam samotnie. Nie tylko ja mam pochrzanione życie. Słodko. Podałam swoje bagaże obsłudze lotniska i ruszyłam do wejścia dla pasażerów lotu 269. Samolot do Londynu odlatuje za 10 minut. Zajmuję swoje miejsce i po raz ostatni spoglądam na Nowy Jork. Obraz szczęśliwego miasta kłuje mnie w oczy. Mimowolnie odwracam wzrok i przygryzam usta. Zdaję sobie sprawę, że osoba taka jak ja nie pasuje do tego magicznego obrazka. Ludzkie uśmiechy obejmowały mnie przez tak długi czas. Sprawiały, że dusiłam się. Teraz zaczynam wszystko od nowa. Każda rzecz przyjmuje inny wymiar.
31 grudnia, 2006 rok. Otoczona zupełnie obcymi ludźmi zacznę Nowy Rok. Prawdopodobnie nigdy nie dowiem się rzeczy, o których mnie nie powiedziano wcześniej. Prawdopodobnie nigdy tu nie wrócę. W skali prawdopodobieństwa od 1 do 10 już nigdy nie zaznam szczęścia.
Cholera! Jak ja kocham statystyki!
Za chwilę eksploduję! To już jest wkurwiające…Profesjonalna makijażsytka a nie potrafi zrobić prostego pociągnięcia eyelinerem! Siedzę tu już ponad godzinę, a efekt jest katastrofalny…Mogłem sam sobie zrobić makijaż i byłoby po krzyku…A teraz, zamiast próby z chłopakami muszę uśmiechać się głupio do tej dziewczyny, która już i tak poczerwieniała ze wstydu. Zakomunikowałem jej delikatnie, że sam sobie poradzę i po zrobieniu kilku kresek wokół oka, byłem już gotowy. W drzwiach garderoby pojawił się podenerwowany Brendon. Zaczął uważnie przyglądać się mi, postukując delikatnie w futrynę drzwi. Rzuciłem eyelinerem o lustro. Spojrzałem na nie przepraszająco. Ryan! Jesteś nienormalny! Masz więcej szacunku dla głupiego kosmetyku niż dla ludzi…Nie tego przecież zawsze chciałeś…Traktujesz wszystkich dookoła jak śmieci…Zachowujesz się jak gnojek wobec Ashley…
-Możemy iść, Boyd.- Rzuciłem do Bdena.
Przyjaciel spojrzał na mnie dziwnie.
-Co, zdziwko?- Zapytałem.
Urie nie powiedział nic tylko popchnął mnie palcem do przodu. Najpierw czekało nas wspólne nagranie dla New Years Eve with Carson Daly.
3…2…1…AKCJA!
-Jestem Ryan.- Powiedziałem.
-A ja Brendon. Jesteśmy z Panic! At The Disco. Dziś wyts...Bllsssllll....- Bden nie mógł się wysłowić.- Wsyt…Co jest do diabła!?
Oboje wybuchliśmy śmiechem.
-Słuchaj…Najpierw Ja się przedstawię. Potem Ty. I całą gównianą resztę powiesz Ty.- Zaproponował Bden.
-Ok.- Zgodziłem się.
-Tu Brendon.- Zaczął ponownie Urie.
-A z tej strony Ryan. Jesteśmy Panic! At The Disco. Dziś wystp...Kurwa!- Zacząłem się śmiać z naszej głupoty.
-Widzisz? Złapało Cię! To pieprzone słowo!- Oboje pękaliśmy ze śmiechu.
O mały włos nie spadłem z krzesła ze śmiechu.
-Chyba przesadziłem z Martini...Na rozgrzanie strun głosowych przed występem.- Skwitowałem.
Po pełnym niespodzianek nagraniu przyszedł czas na występ. Zaprezentowaliśmy kilka piosenek i razem z przyjaciółmi poszliśmy do restauracji. Dla wszystkich ten rok był niesamowity. Sukces przyszedł niespodziewanie. Ale to nas nie zmieniło. Możemy mówić o szczęściu. Ale dla mnie ono przyszło właśnie teraz. Spojrzałem na Keltie. Uśmiechnęła się do mnie promiennie. Tak, mówiąc o szczęściu mam na myśli Keltie.
Przebudziłam się ze snu. Właściwie przebudziło mnie ogólne poruszenie na pokładzie samolotu. Wszyscy zaczęli składać sobie życzenia…A więc tak zaczął się ten Nowy Rok. Poczułam delikatne wibrowanie. Otrzymałam kilka wiadomości.
Heidi
Słońce! Życzę Ci wszystkiego Najlepszego…Niech ten nadchodzący rok będzie dla Ciebie lepszy, niech każda chwila będzie bardziej wyjątkowa niż poprzednia i niech w końcu znajdzie się jakiś zabawny mężczyzna, który da ci szczęście!
P.S. Żałuję, że nie mogę być teraz z Tobą. Ale nie martw się. Już ja Cię w tej Anglii odwiedzę. Pomimo, że nienawidzę latać samolotem. Widzisz, to się nazywa poświęceniem xP
Audrey
Budyniu Mój! Duża ciepła i szczęścia życzę Ci w tym Nowym Roku 2007! Chwytaj kieliszek szampana…Pijemy za nasze szczęście!
Bden(Żółwik)
Ash! Nie wiem, gdzie teraz jesteś…Ale wiem, że w moim sercu będziesz zawsze. Będziemy przyjaciółmi do póki się nie zestarzeję, bo Ty zawsze będziesz piękna i młoda. Ale przejdźmy do sedna sprawy. Przeczytaj uważnie instrukcję, którą Ci przygotowałem:
1. Włącz swoje Mp4. Poszukaj piosenki Blink 182 – Down.
2. Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś teraz ze mną, tańczymy razem, bujając się delikatnie w rytm piosenki.
3. Kiedy skończy się piosenka, dostaniesz ode mnie soczystego buziaka. Obiecuję!
4. Nie jestem dobry w składaniu życzeń, ale uwierz mi, bycie ideałem
jest strasznie męczące. XD
Po przeczytaniu wiadomości od przyjaciół uśmiechnęłam się delikatnie. Spojrzałam za okno. Może jednak wszystko będzie jeszcze dobrze?
Po długim i wyczerpującym locie w końcu wylądowaliśmy. Złapałam taksówkę i pojechałam do swojego nowego mieszkania, które kupiłam dwa dni wcześniej. W końcu dotarliśmy na Romney Road. Postawiłam bagaże na schodach do mieszkania, a sama obkręciłam się dookoła własnej osi. Świat zawirował tysiącem barw. To zabawne, jak to miejsce może na mnie pozytywnie oddziaływać. Zaczęłam nerwowo szukać w swojej torebce kluczy od domu. Kiedy je znalazłam, rzuciłam tylko torby na podłogę, po czym wybiegłam z domu w stronę Greenwich Park. Po krótkim biegu dotarłam na miejsce. Zmęczona wysiłkiem usiadłam na małej ławeczce. Zaczęłam zastanawiać się nad swoim dotychczasowym życiem. Zaczęłam zadawać sobie pytania, które dotąd były pieprzonym tematem tabu. Z chłodnym umysłem zaczęłam zastanawiać się nad związkiem między mną a Ryanem. Tak bardzo bałam się do niego zbliżyć. Tak bardzo broniłam się przed tym uczuciem. Dlatego wtedy uciekłam. Może po prostu my nie jesteśmy sobie przeznaczeni. Może dla mnie teraz już to nie ma żadnego znaczenia. A jednak czuję, że w sercu pozostała jeszcze głęboka rana. Muszą ją jednak zagoić. Czas leczy rany. Oby w moim przypadku tego czasu nie potrzeba było zbyt wiele.
Obeszłam park dookoła, po czym ruszyłam w stronę powrotną do domu.
Na drugi dzień pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, była wizyta w łazience. Czułam się potwornie. Zaczęłam mieć mdłości. Po kilku akcjach w toalecie, teraz leżałam zwinięta w kłębek na kanapie w salonie. Łzy zaczęły napływać mi do oczu. Dławiłam się nimi. Chwyciłam telefon i wykręciłam numer do Heidi.
-Kto tu się odzywa? Już tęsknisz?- Usłyszałam radosny głos przyjaciółki.
-Heidi…- Załkałam.- Czy…czy mogłabyś przylecieć do mnie? Na tydzień, dwa? Może dłużej? Potrzebuję Twojej pomocy…- Wyjaśniłam.
-Słoneczko…Oczywiście, że przylecę…- Odpowiedziałam z troską Heidi.
-Dziękuję.- Powiedziałam.
-Ależ nie ma za co!- Stwierdziła.
-Dziękuję, że nie zadajesz zbędnych pytań. Dziękuję, że potrafisz rzucić wszystko, aby mi pomóc. Dzięki, że jesteś.:*- Skwitowałam.
-Kochanie, jak bym mogła Ciebie zostawić samą z problemami…Trzymaj się mocno i czekaj na mnie.- Zakończyła rozmowę przyjaciółka.
Odłożyłam telefon na bok i usiadłam na dywanie. Skuliłam się w sobie i złapałam za kolana, opierając na nich głowę. Cała drżałam. Moje myśli były teraz tak odległe. Postanowiłam zadzwonić do taty.
-Cześć tato!- Powitałam go z wymuszoną radością w głosie.
-Cześć! Jak tam? Podoba Ci się Londyn?- Zapytał.
-Na razie niewiele widziałam. Ale wiesz, niedaleko mojego domu jest taki wielki park. Podoba mi się jego magia. A jak Nick?- Spytałam.
-Twój brat ma się dobrze. Wymyślił, że zostanie chemikiem, więc kazał sobie kupić zestaw ,,Młodego Chemika”.- Odpowiedział tato.
Nagle po drugiej stronie słuchawki usłyszałam miękki, kobiecy głos.
-Tato, masz jakichś gości?- Zapytałam.
Zapadła cisza.
-Tato!- Powtórzyłam po raz drugi.
-To z telewizji.- Odburknął.- Muszę już kończyć. Trzymaj się maleńka.- Powiedział i rozłączył się.
Przez kilka minut wpatrywałam się w swoją komórkę. Mój mózg nie wyrabiał z przetwarzaniem danych. Poczułam się dziwnie. Czy w życiu ojca może być inna kobieta niż jej ukochana mama?
Po dwóch dniach przyleciała Heidi. Teraz byłyśmy w drodze do lekarza. Chwytałam obrazy przesuwające się za oknem pędzącej taksówki. Mimo tego, że Heidi nic nie mówiła, czułam, że mam w niej oparcie. Gdy dotarłyśmy na miejsce, byłam kompletnie roztrzęsiona. Przyjaciółka nic nie mówiąc przytuliła mnie mocno. Przez chwilę poczułam, jakbym znów miała matkę. Odwzajemniłam uścisk i ruszyłam do drzwi, na których dumnie wisiał napis: Lekarz Ginekologii.
-Dzień Dobry.- Przywitała mnie wesoło pulchna kobieta w średnim wieku, o kruczoczarnych krótkich włosach.
-Dzień Dobry. Byłam umówiona na wizytę.- Powiedziałam.
-Tak, tak. Panna Johnson, jak pamiętam. Proszę się położyć.- Rozkazała kobieta.
Wykonałam jej polecenie. Przed tym jednak lekarka zadała kilka szczegółowych pytań o moje zdrowie. Rozsmarowała mi jakiś płyn na brzuchu i zaczęła przesuwać po nim jakimś urządzeniem.
Lekarka szczegółowo przyglądała się filmowi, który wyświetlał się jej na ekranie obok.
-Moje gratulacje. Jest pani w 2 miesiącu ciąży.- Poinformowała mnie.
-Co takiego?- Zapytałam.
-Wiem, to dziwne, że dopiero teraz pojawiły się u pani objawy, ale czasem też tak bywa. Gratuluję pani i pani partnerowi.- Skwitowała doktorka.
-Dziękuję.- Odpowiedziałam.
Wyszłam z jej gabinetu. Heidi podniosła się z krzesła.
Wybuchłam płaczem. Przyjaciółka objęła mnie, po raz kolejny tego dnia.
-Nie płacz. Przecież to wspaniała wiadomość.- Powiedziała Heidi.
-Wiem…Ale dziwnie się czuję…Zrozum…Noszę dziecko Ryana!- Powiedziałam.
-Ciii…Wszystko będzie dobrze…Uspokój się. Wychowasz to dziecko. Jestem pewna, że będzie to najpiękniejsza dziewczynka na świecie…- Stwierdziła Heidi.
-Albo chłopczyk.- Zaznaczyłam.
-Hehe…Zostanę ciocią!- Ucieszyła się Heidi.- Powiesz Ryanowi?- Ton przyjaciółki spoważniał.’
-Nie.- Odpowiedziałam stanowczo.- Nie chcę, żeby wiązało go ze mną dziecko. Nie chcę, aby był ze mną tylko z powodu maluszka.
-Każda decyzja, jaką podejmiesz, będzie dobra. Pamiętaj, że masz we mnie wsparcie.- Powiedziała Heidi.
-Wiem. Dzięki.- Skwitowałam.
komentarze [9]I wish i could bubble wrap my heart...Ain't another woman that can take your spot, my love...My love...My love.... >> poniedziałek, 10 września 2007 19:38:29
Notka dla Pauli, słońca i Martyny, Budynia...Ogólnie to mi nie wyszła, ale cieszyć się, bo teraz to długo nowej nie będzie...
The I.V. and your hospital bed
This was no accident
This was a therapeutic chain of events
This is the scent of dead skin on a linoleum floor
This is the scent of quarantine wings in a hospital
It's not so pleasant
And it's not so conventional
It sure as hell ain't normal
But we deal, we deal
The anesthetic never set in and I'm wondering where
The apathy and urgency is that I thought I phoned in
It's not so pleasant.
And it's not so conventional
It sure as hell ain't normal
But we deal, we deal
Just sit back, just sit back
Just sit back and relax
Just sit back, just sit back
Just sit back and relapse again
Can't take the kid from the fight
take the fight from the kid
Sit back, relax
Sit back, relapse again
Can't take the kid from the fight
take the fight from the kid
Just sit back, just sit back
You're a regular decorated emergency
You're a regular decorated emergency
This is the scent of dead skin on a linoleum floor
This is the scent of quarantine wings in a hospital
It's not so pleasant.
And it's not so conventional
It sure as hell ain't normal
But we deal, we deal
The anesthetic never set in and I'm wondering where
The apathy and urgency is that I thought I phoned in
It's not so pleasant.
And it's not so conventional
It sure as hell ain't normal
But we deal, we deal
Can't take the kid from the fight
take the fight from the kid
Sit back, relax
Sit back, relapse again
Can't take the kid from the fight
take the fight from the kid
Just sit back, just sit back
Sit back, sit back, relax, relapse
Sit back, sit back, bababada
You can take the kid out of the fight
You're a regular decorated emergency
The bruises and contusions will remind me what you did when you wake
You've earned a place atop the ICU's hall of fame
The camera caught you causing a commotion on the gurney again
You're a regular decorated emergency
The bruises and contusions will remind me what you did when you wake
You've earned a place atop the ICU's hall of fame
The camera caught you causing a commotion on the gurney again
Can't take the kid from the fight
take the fight from the kid
Sit back, relax
Sit back, relapse again
Can't take the kid from the fight
take the fight from the kid
Just sit back, just sit back
Sit back, sit back, relax, relapse
Sit back, sit back, bababada
You can take the kid out of the fight
The I.V. and your hospital bed
This was no accident
This was a therapeutic chain of events
Ostatnie dźwięki piosenki wybrzmiewają jeszcze przez dłuższą chwilę w mojej głowie. Zadurzam się w świecie stworzonym przez chłopców. Na tyle skutecznie, żeby nie słyszeć głosów i pokrzykiwań Ryana.
-Ash! Ash!- Wydzierał się biedny Ryan.- Ash! Do diabła!
Reset.
-Co tam?- Zapytałam pół przytomna.
-Jak Ci się podobało?- Zapytał Ross.
-Słyszałam tą piosenkę już tysiąc razy…- Stwierdziłam.
-Zdaję sobie sprawę…- Podsumował Ryan.
Zdawało mi się, że w jego głosie skryty był żal i smutek.
Po chwili zdałam sobie sprawę, co w mojej wypowiedzi zraniło Ryana. Ten jednak zdążył przed moim genialnym olśnieniem(W takich momentach powinny się świecić nad moją głową żarówki, co najmniej jedna…Jak to bywa w bajkach, kiedy bohater wpada na pomysł) wybiec z Sali, gdzie chłopcy mieli próbę przed koncertem. Na Sali zaległa cisza. Brendon poprawiał w milczeniu swoje okulary. Spencer udawał, że zajmuję się czyszczeniem pałeczek, co chyba nie miało najmniejszego sensu. Jon natomiast był usprawiedliwiony, ponieważ zakładał strunę, która urwała mu się już po raz trzeci tego dnia. Zerwałam się z krzesła i wybiegłam z pomieszczenia. Najpierw sprawdziłam męską ubikację. Następnie damską. ( Może wyda wam się, że w tak podniosłych i wcale nie zabawnych momentach, nie powinnam opowiadać, że szukałam Ryana w damskiej ubikacji, ale aby nie pomijać żadnych faktów, ja Ashley chcę być z wami w zupełności szczera. Ale przejdźmy dalej…) I tym razem nie znalazłam go. Wybiegłam przed budynek olbrzymiej hali. Na schodach siedział Ryan. Chwilę zastanawiałam się, jak postąpić. Zanim jednak ustaliłam, w jaki sposób go przeprosić, siedziałam już obok niego.
-Daleko nie uciekłeś…- Rzuciłam, spoglądając na niego tak, aby musiał spojrzeć mi w oczy.
-To tylko pozory. Może jestem teraz tutaj, z Tobą. A jednak moja dusza znajduję się w bezpiecznym miejscu. W zupełnym schronieniu.- Odpowiedział, nie podnosząc wzroku z małego kamyczka, leżącego wprost przed nami.
-Schronieniu przede mną?- Zapytałam.
-Nie wiem.- Stwierdził i podniósł się, chcą wrócić do chłopców.
Chwyciłam go za rękę. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Obojgu nam napływały łzy.
-Nie uciekaj przede mną…- Wyszeptałam. – Przepraszam. Powinnam zrozumieć, jak wiele ta piosenka dla Ciebie znaczy. Zresztą wiesz, nie wiem ile ona dla Ciebie znaczy. Wiem, że kiedy ja jej słucham, moje serce zaczyna bić w całkiem innym rytmie…Powiedz, co ta piosenka dla Ciebie znaczy! Ryan. Dobrze wiem, jak traktował Cię Twój ojciec! Wiem też, że żałuję, że nie mogłam być z Tobą na jego pogrzebie. Przepraszam…- Powiedziałam, po czym uwolniłam kilka łez spod powiek…
-Nie uciekam przed Tobą…Nie wiem, dlaczego w ten sposób zareagowałem. Ta piosenka znaczy dla mnie wiele więcej niż każde inne, puste słowo. Za każdym razem, kiedy graliśmy ją na początku, do oczu napływały mi łzy. Byłem bliski wybuchnięcia płaczem. A teraz, kilka miesięcy po jego śmierci, kiedy gramy ten kawałek, nie czuję już żadnych emocji. W tym wszystkim chodzi właśnie o mnie. Zapomniałem o wszystkim. Wiem, że on był złym człowiekiem. Wiem też jednak, że był moim ojcem i że kiedyś przeżyliśmy kilka fajnych chwil…Dlatego jestem na siebie wściekły za to, że teraz ta piosenka nie znaczy dla mnie tak wiele, jak na początku. To rutyna. Przepraszam, że uciekłem, ale czasem nie radzę sobie z tym wszystkim…- Skwitował Ryan.
-Ryan…To, że teraz jest ,,inaczej” niż wcześniej, wcale nie oznacza, że jest gorzej. Po prostu podniosłeś się z tego. W życiu zaczęły spotykać Cię same cudowne rzeczy, w tym ja oczywiście…Dlatego nie możesz wciąż się smucić i rozpamiętywać. Radość nie jest zła. Ważne, że Twoje utwory i teksty sprawiają ludziom radość. Nie myśl o złych rzeczach…Staraj się pamiętać tylko o tych najwspanialszych…- Powiedziałam i musnęłam go delikatnie w usta…
-Wracajmy do środka…Bo chłopaki się wściekną…- Stwierdził Ryan.
Złapałam go za rękę i ruszyliśmy do środka.
-Ooo…Jakież to słodkie…- Zamruczał Jon.
Spencer uśmiechnął się pod nosem.
-Ty kmiotku! Ile można sobie coś tłumaczyć, a potem szeptać sobie czułe słówka…Blee…A my tu pracujemy ciężko!- Powiedział Bden, po czym puścił do mnie oczko, na co ja uśmiechnęłam się do niego porozumiewawczo.
Biegałam po biurze jak głupia. Co chwila podskakiwałam do góry, kiedy z niewyobrażalną głośnością zadzwonił mój telefon. Kiedy przez chwilę mogłam złapać oddech, do moich drzwi zapukała Heidi oraz Audrey.
-Cześć! Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że przyszłyście.- Powiedziałam na samym początku.
-Słońce, ja kocham z Tobą współpracować!- Wyraziła swój entuzjazm Heidi.
-Zawsze jestem do Twojej dyspozycji.- Zauważyła Audrey.- A w czym mamy Ci tak dokładnie pomóc?
-Za dwa dni mam pokaz mody. Tym razem to ma być jeszcze coś większego niż poprzednio. Wszystko będzie na większą skalę. Na początku ma być koncert charytatywny. Po tym, ma być właśnie mój pokaz mody. Będą sami najwspanialsi ludzie…Aktorzy, przedstawiciele rządu i wielu innych wpływowych ludzi.- Wyjaśniłam.
-To w czym problem?- Zapytała Heidi.
-Chodzi o to, że chcę, aby mój pokaz był też czymś wyjątkowym i przede wszystkim różnił się od innych…Tyle, że nie mam pomysłu, jak to zrobić!- Stwierdziłam zdesperowana.
-Już my coś wymyślimy…Ale może najpierw jakieś lody, co? Albo nie, lepiej budyń! Tak, budyń…- Powiedziała Audrey.
-Nie mamy czasu…- Wahałam się.
-Dziewczyno, wyluzuj…Wszystko zaraz obmyślimy, ale bez budyniu ani rusz!- Stwierdziła Audrey.
-Ja się zgadzam z koleżanką.- Powiedziała Heidi.
Nie było wyboru…Po chwili siedziałyśmy już przy szklanym stoliku, delektując się budyniem…
-Mmmm…toffi…- Rozkoszowała się Audrey.
-Na nic. – Powiedziałam.
-Lepsze waniliowe.- Dokończyła moją wypowiedź Heidi.
-Eee tam…Zaufajcie cioci Audrey. Ona wie, co dobre…W końcu skończyłam szkołę kucharzenia i uwodzenia facetów przez żołądek…- Pochwaliła się Audrey.
Razem z Heidi wlepiłyśmy w nią swoje piękne oczka.
-Taki żart.- Powiedziała Audrey, widząc nasze zaskoczenie i to, że nasze usta wypowiedziały ciche i stłumione WOW…
Cała trójka wybuchła dzikim, niepohamowanym i nieco przeraźliwym śmiechem. Jednym słowem, trzy kopnięte bździągwy. A to już trzy słowa. Mniejsza z tym. (Przepraszam was moje kochane, jeśli uraziłam was tym stwierdzeniem. Wasza ,,jeszcze żywa, zanim Heidi i Audrey ją dorwą” Ashley XD ).
-Dobra, teraz, skoro już zjadłyśmy ten budyń, to przyszedł czas na dalszą część naszej akcji pomocy dla dzieci z niedoborem komórek mózgowych. Teraz idziemy do kręgielni!- Poinformowała nas Heidi, bo propozycją bym tego nie nazwała.
-O masz...- Westchnęłam tylko, bo opierać się nie zamierzałam, bo po co?! ;)
W krótkim czasie znalazłyśmy się w kręgielni Rock ‘n Bowl. Było tam niewielu ludzi, więc mogłyśmy bez zbędnego przekrzykiwania się rozmawiać, a przy okazji pograć w kręgle.
-Wiecie, co? Mam pomysł!- Krzyknęła Heidi, po czym rzuciła kulą. Oczywiście trafiła znakomicie, zbijając wszystkie kręgle.
-Mów!- Krzyknęłyśmy do niej równocześnie.
-No więc…- Zaczęła tajemniczo Heidi, trzymając nas obie w napięciu.- Można by było zaprosić do pokazu kilka gwiazd. Jako modeli oczywiście. Bden, RyRo, Spence i Jon też mogliby w tym wziąć udział, gdyby tylko chcieli…- Powiedziała Heidi.
-Heidi, jesteś genialna. – Powiedziałam.- Ale nie wiem, czy to wypali. W tak krótkim czasie, szczerze wątpię, że uda mi się nakłonić te gwiazdy do zaprezentowania moich strojów. – Powiedziałam smutna.
-Nie widzę w tym problemu…Dzisiaj podzwonimy do kogo trzeba. Myślisz, że nie zgodzą się założyć czegoś od znanej projektantki. Zwłaszcza, że cel jest szczytny. Nie przesadzajmy, wszyscy się skuszą…- Powiedziała Audrey.
-Obyś miała rację. A co do chłopaków, to nie wiem. Myślę, że nie za bardzo będzie im się uśmiechać przebieranie…- Powiedziałam zrezygnowana.
-No coś Ty! Myślę, że chętnie to zrobią. Zresztą przecież Wentz też często występuje jako model i jeszcze projektuje własne ubrania. Chłopcy na pewno nie zechcą być od niego gorsi.- Stwierdziła Heidi.
Całe popołudnie minęło nam na dopracowywaniu szczegółów, a oprócz temu nie przeszkodziło to nam w rozegraniu całej gry, którą wygrała Audrey.
Wróciłyśmy do domu w świetnych humorach. Od razu postanowiłyśmy zadzwonić do wszystkich, do których udało nam się zdobyć kontakt. Po godzinie obdzwaniania gwiazd, miałyśmy na liście już Rihannę, Christinę Aguilerę, Avril Lavigne, Marka Hoppusa, Petera Wentza, Beyonce, Kanye Westa, Justina Timberlake’a, Jake’a Gyllenhaala, Paris Hilton, Jareda Leto, Channinga Tatuma, Rachel Bilson, Cameron Diaz, Scarlett Johansson oraz Eva Longoria.
Wszystkie uradowane z takiego pomyślnego przebiegu akcji, postanowiłyśmy zwieńczyć dzień kieliszkiem szampana…
Wieczorem dołączyli do nas chłopcy. Powiadomiłyśmy ich o tym, co planujemy na pokaz. I wyraziłyśmy nadzieję, że również oni dołączą się do akcji. Ku mojemu zaskoczeniu, zgodzili się bardzo chętnie….
Dziś czekał mnie ten pokaz. Przy połowie koncertu, który miał trwać godzinę, czułam, że zaraz padnę jak długa. Całe szczęście były przy mnie Heidi i Audrey. Po udanym koncercie, popędziłyśmy szybko do garderoby. Wszystkie gwiazdy przebierały się już w swoje kostiumy, prosząc mnie jedynie o niewielkie poprawki, które udało mi się zrobić w parę minut. Z niecierpliwością spoglądałam na zegarek. Czas zacząć pokaz. Na pierwszy ogień poszła Rachel Bilson. Widzowie byli zachwyceni tym pomysłem. Oklaskiwali ją przez kilka długich minut. Sądzili, że na tym zakończy się ta niespodzianka, ale gdy potem na scenie pojawił się Justin Timberlake, a na ekranie zaczął wyświetlać się teledysk do My love, sala była już przekonana, że impreza rozpoczyna się na całego. Z uśmiechem przyglądałam się reakcji widzów. Na sam koniec, wszystkie gwiazdy płci żeńskiej, zaprezentowały się w sukniach ślubnych. Moje szczęście nie miało granic…
-Ech, chętnie nakapałbym jednej z nich do dystrybutora….- Rozmarzył się Bden.
-Hej, hej…Nie zapominaj, że ja tu też jestem.- Powiedziała Heidi.
-Jaki ten Justin jest przystojny….- Westchnęłam.
-A Jared? Och…- Dodała Audrey.
-Spójrzcie na Channinga…To jest dopiero prawdziwy mężczyzna…- Zauważyła Heidi.
-Dobrze, dobrze…Rozumiemy aluzję.- Powiedział Bden.
-Ash, czym ja Ci zawiniłem, że ranisz me serce, wzdychając namiętnie na widok Justina?- Zapytał Ryan, udawając smutek.
-Głuptasie, Ciebie mam na co dzień. A tutaj muszę docenić też inne…ekhm…walory.- Powiedziałam, o mało co nie sikając w majtki ze śmiechu. No i dostałam czkawki. O masz.
-Tylko się nie wybełtaj ze śmiechu.- Powiedział Ryan.
-Że co?- Zapytała Audrey.
-Ach…Ashley, jak była mniejsza, to zawsze ze śmiechu dostawała czkawki i…potem cóż, wymiotowała ze śmiechu…- Wypalił Ryan.
-Buahahahaha…- Zalewali się wszyscy.
-Ross, nie żyjesz! Nie licz na to, że znajdzie się dziś w moim cieplutkim łóżeczku miejsce dla Ciebie!- Zagroziłam obrażona.- Dziś śpię z Justinem…- Powiedziałam i przytuliłam się do szanownego pana Timberlake’a.
-Ooo…Podoba mi się to…- Powiedział z bananem na ryju Justin.
-Tak? To ja śpię z Paris!- Powiedział Ryan i przytulił się do dziedziczki…
Pokaz skończył się ogromnym sukcesem, a ja w nocy tak czy inaczej spałam w łóżku z Ryanem. Tak się kończą nasze fochy, zazwyczaj.
-Cześć kochanie! Możemy się dziś spotkać?- Zapytał Ryan.
-Uwierz, bardzo chciałabym, ale mam tyle pracy…- Westchnęłam.
-Mała, nie widzimy się od tygodni. Nie mamy dla siebie czasu…Powoli zaczynam zapominać, jak to było nam ze sobą!- Stwierdził wkurzony Ryan.
-Wiesz, że nie mogę być na każde Twoje zawołanie…mam kupę pracy i uwierz mi, nie mogę tego ot tak, rzucić w cholerę!- Wydarłam się.
-Dobrze. Może potrzebujemy od siebie odpocząć…Jestem w Las Vegas…Jak znajdziesz trochę czasu, to daj znać. Trzymaj się.- Powiedział i wyłączył się.
Stałam dłuższą chwilę i wpatrywałam się w wyświetlacz komórki. Nie wiedziałam, co właściwie przed chwilą się stało. Czułam, jak fala zimna oblewa moje ciało, nie pozwalając się ruszać. Opadłam na krzesło i wpatrywałam się w pustą przestrzeń za oknem.
Dziś Boże Narodzenie. Nie mogę w to uwierzyć. Siedzę w biurze nad projektami, a po moim policzku sączą się łzy. Czuję się fatalnie. W jednej chwili ruchem ręki zrzucam wszystkie rzeczy, jakie były na biurku i wybiegam z biura. Pędzę szybko na lotnisko. W nadziei, że jakieś samoloty latają w święta. Nie załapuję się na żaden lot. Wszystkie odwołane. Siadam na zimnej ławce i ukrywam twarz w dłoniach. To najgorsze święta w moim życiu. To kolejne święta bez mamy. Pierwsze święta bez taty i Nicka…Dlaczego nie pojechałam do nich? Dlaczego zostałam w biurze? Moje święta bez Ryana. Czuję, że coś się kończy. Tylko z czyjej winy?
Następnego dnia lecę pierwszym samolotem do Las Vegas. Kompletnie wyczerpana. W końcu dolatuję na miejsce. Łapię taksówkę i jadę do domu Ryana. Spoglądam na obraz za oknem. W tym roku, zima jest tu wyjątkowo mroźna. Ludzie posuwają się powoli, przesuwani przez wiatr jak pionki do gry. Wszystkie domy poobwieszane są różnorodnymi światełkami. Gdy docieram na miejsce, dłuższą chwilę wpatruję się w jego dom. Kiedy byłam tu ostatni raz, emanowało z niego niesamowite ciepło. Teraz czułam, jak z jego wnętrza wydobywa się całkiem inne ciepło, kujące mnie w piersi, nie pozwalające mi swobodnie oddychać. Podchodzę do drzwi. Naciskam mały guziczek przy drzwiach. Słychać irytujący dzwonek grający melodię Let It snow…Po chwili drzwi otwiera mi matka Ryana. Uśmiecham się nieśmiało. Jej kąciki ust pozostają w stalowym prostym i smutnym wygięciu.
-Wesołych Świąt…- Mówię cicho.- Jest Ryan?
-Tak. Zastaniesz go w swoim pokoju.- Odpowiedziała pani Ross.
Skierowałam swoje kroki na górę. Usłyszałam jednak głos matki Ryana.
-Ashley, nie wiń go za to…Przykro mi, że tak siebie ranicie nawzajem…- Powiedziała i znikła za drzwiami.
Nie wiedziałam o co jej chodzi. W sercu burzył się niepokój. Kiedy dotarłam do drzwi pokoju Ryana, znów poczułam to dziwne ciepło. Teraz jednak jeszcze bardziej wbijało się ono w moje serce. Musiałam podeprzeć się o futrynę drzwi, aby nie upaść na podłogę. Zapukałam do drzwi. Usłyszałam ciche proszę. Pociągnęłam za klamkę. Teraz to ciepło uderzyło mnie w twarz. Cofnęłam się do tyłu. Spoglądałam to raz na Ryana, raz na blondynkę, która tuliła się do niego. Nie mogłam wymówić ani jednego słowa. Stałam w miejscu i wpatrywałam się w oczy Ryana. Nie mogłam w nich jednak zobaczyć czegokolwiek. Niczego, co mogłoby sprawić, że poczuję, że to wszystko nic nie znaczy. Tylko pustka. Najbardziej marna pustka…
Po moim policzku spłynęła maleńka łza. Odwróciłam się na pięcie i wybiegłam z domu. Biegłam najszybciej, jak mogłam. Chciałam uciec z tego miejsca…Chciałam zapomnieć o wszystkim. Najlepiej umrzeć. Po chwili poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię.
-Ashley, wysłuchaj mnie…- Powiedział Ryan.
-Nie mów do mnie. Nie dotykaj mnie. Nie myśl o mnie. Zostaw mnie w spokoju.- Wycedziłam przez łzy.
-Pozwól mi wytłumaczyć…Mijały miesiące…Po tamtej wymianie zdań, straciliśmy kontakt. Wiesz, jak bardzo mi brakowało kogoś, kto zasypiał by u mojego boku wieczorem?- Powiedział Ryan.
-Więc brakowało Ci kogoś, kto zaspokajałby Twoje nocne potrzeby?- Załkałam.
-Źle mnie zrozumiałaś…Zresztą, teraz to nie ma znaczenia…Wybacz mi…Wiem, że Cię zraniłem, ale…po prostu czuję, że wszystko, co nas łączyło, wygasiło się…Kocham Cię, ale jak siostrę…- Powiedział.
-Chcesz, żebyśmy zostali przyjaciółmi? W dupę sobie wsadź przyjaciół! Nikt jeszcze nigdy nie potraktował mnie tak jak Ty! Ale najgorsze jest to, że nawet nie miałeś odwagi mi powiedzieć, że to koniec. Myślałam, że mamy dla siebie więcej szacunku! Widocznie się myliłam.- Krzyknęłam i pobiegłam przed siebie. Po chwili byłam już nad grobem mamy…
-Mamo, chcę umrzeć…Wtedy będziemy już na zawsze razem…
Aha...I żeby nie było, to jeszcze nie koniec tego opowiadania...Mam jeszcze dużo pomysłów, tylko wszystko powoli...Bo szkoła i problemy z życiem związane...Także opo nadal istnieje...Kolejna notka...Może niedługo...
komentarze [13]Some say we're never meant to grow up I'm sure they never knew enough ... >> piątek, 24 sierpnia 2007 13:10:53

Tak więc wróciłam! Cieszę się, że znów mogę coś tu napisać...Jednak teraz, wraz z nadchodzącym rozpoczęciem roku szkolnego, pojawia się smutna informacja...Notki będą pojawiać się niestety coraz rzadziej...Przepraszam, ale mam teraz wiele innych obowiązków, zresztą pracuję na ,,2 etaty" jeśli chodzi o opowiadania, więc wybaczcie. Będę się starać pisać jednak coraz dłuższe notki, zeby wam wynagrodzić czas tego czekania. Dziękuję za wszystkie komentarze. A teraz kolejny odcinek:
Zacisnęłam pięści. Jeszcze godzinę temu obiecałam sobie, że nigdy więcej nie spojrzę mu w oczy. Nie pozwolę, by jednym uśmiechem stłumił moją złość. Jednak teraz, kiedy spojrzałam na jego twarz, nie potrafiłam się powstrzymać. Coś we mnie pękło. Zaczęłam biec w ich stronę. Z każdym krokiem coraz pewniej wpatrując się w jego oczy. Delikatnie ocierałam łzy.
Rzuciłam mu się w ramiona. W te same ramiona, które przytulały mnie 15 lat temu, kiedy zginęła mama. Były wtedy takie małe, a jednak potrafiły sprawić, że pogodziłam się ze stratą ukochanej osoby. Te same ramiona, w które wczoraj wtulałam się przed zaśnięciem.
-Ryan, Ty dupku!- Wrzasnęłam i zaczęłam gładzić go po policzku.
-Przepraszam za wczoraj...Przepraszam, że potraktowałem Cię tak beznadziejnie.- Mówił jednym tchem.
-Wiesz, myślałam, że kiedy Cię znów zobaczę, to wykrzyczę Ci swoją złość w twarz i pozostawię z tym wszystkim na środku ulicy, ale teraz, jedyną rzeczą, jaką mam ochotę zrobić, to pocałować Cię.- Stwierdziłam i musnęłam go czule w usta.
-Cześć Ashley.- Usłyszałam głos Brendona.
-Brendon, Tobie też należą się przeprosiny.- Powiedziałam.
-Nie...Nie należą. To Tobie się należą...Zresztą, nieważne. Nie chcę tego. Po prostu cieszę się, że jesteście w końcu razem i że jesteśmy znów blisko siebie.- Skwitował i przytulił mnie.
-Hej...A o poczciwej Audrey zapomnieliście?- Wyrwała się Audrey.
Wybuchliśmy śmiechem.
-Jasne, że nie głuptasie...I skoro jesteśmy tu już razem, to może chodźmy gdzieś, co?- Zaproponowałam.
Ruszyliśmy przed siebie. Brendon z Audrey co chwila rzucali jakimiś śmiesznymi kawałami i komentowali to, co działo się teraz na świecie. Jednym słowem mieliśmy niezłą zbitę. Ryan uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam ten grymas przepełniony miłością i młodzieńczą naiwnością i wsunęłam delikatnie swoją dłoń w jego. Postanowiliśmy wstąpić do jakiejś kawiarenki. Weszliśmy do pierwszej, lepszej i zajęliśmy wolne miejsca. Zamówiłam gorącą czekoladę i zaczęłam postukiwać palcami w rytm piosenki, której melodia wypływała z lokalowych głośników. Reszta też dokonała zamówienia i zaczęli o czymś gorąco dyskutować. Nawet nie zauważyłam, jak odpłynęłam w całkiem innym świecie. Spoglądałam za okno i nagle zerwałam się z krzesła. Wybiegłam z lokalu i zaczęłam biec w ślad za jakąś kobietą. Gdy ją dogoniłam, szarpnęłam ją za ramię i spojrzałam w oczy.
-Mamo!- Krzyknęłam.
-Dziecko drogie, nie jestem twoją Matką!- Odkrzyknęła kobieta.
-Dlaczego pani kłamie! Dlaczego nie chce się pani do mnie przyznać!?- Łkałam.
-Kochanie, ja nie miałam nigdy dzieci. Nigdy nie miałam nawet męża. Przykro mi.- Skwitowała i popędziła przez drogę, zostawiając mnie samą ze sobą.
Momentalnie zrobiło mi się zimno. Nie wiem, czy to z roztrzęsienia, czy dlatego, że na dworze było zaledwie 5 stopni Celsjusza. Nagle poczułam, jak ktoś otula mnie płaszczem i przyciąga do siebie.
-Wszystko w porządku, maleńka.- Wyszeptał Ryan.
-Myślałam, że to mama.- Powiedziałam stłumionym głosem i załkałam jak maleńkie dziecko.
-Cii...Twoja mama zginęła w wypadku, zapomniałaś? Miałaś wtedy 4 lata.- Tłumaczył.
-Pamiętasz, zawsze płakałam, gdy chodziłam na grób mamy. Wiesz, dlaczego? Bo zawsze myślałam, że to, co się wtedy się wydarzyło, nie było prawdą. Myślałam, że ona nas opuściła, ale nadal gdzieś żyję...Wierzyłam w to. Chciałam w to wierzyć.- Powiedziałam i wtuliłam się w jego marynarkę.
-Chcesz wrócić tam?- Zapytał.
-Przepraszam, ale nie mam ochoty. Chcę wrócić do domu.- Odpowiedziałam.
-W porządku. Chodźmy. Brendon i Audrey zrozumieją.- Stwierdził.
Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hotelu.
W tym czasie w kawiarni...
-Pewnie pojechali już do hotelu. Ryan zawsze lubił pukać.xD- Stwierdził Bden.
-Taa...Zwłaszcza te ładne.- Dodała Audrey i oboje wybuchli śmiechem.
-Wiesz, cieszę się, że się spotkaliśmy.- Powiedział Bear.- Zawsze Cię bardzo lubiłem.
-Urie, czy Ty się do mnie podwalasz?- Zapytała Audrey.
-Ja? Nie...No może troszeczkę. A co, nie mogę?- Zapytał i wyszczerzył ząbki w słodkim uśmieszku. Tzw. szczerbate słoneczko;)
-Nie no możesz...A tak ogólnie to nudzi mi się już. Chodźmy stąd gdzieś.- Zaproponowała.
-Chodź. Trzeba wykorzystać dobrze ten czas, kiedy jesteśmy razem.- Skwitował Urie.
W hotelu...
-Chcesz coś zjeść?- Zapytał Ryan.
-Nie, dzięki.- Odpowiedziałam.
-Pamiętasz, jak byłaś mała i jak nie chciałaś jeść szpinaku? Musiałem Cię wtedy karmić;P- Zauważył RyRo.
-Sama nie wiem, czego taka głupia byłam. Teraz uwielbiam szpinak.- Powiedziałam i przytuliłam się do Ryana.- Idę się wykąpać.
-Dobra. Ja pooglądam TV.- Powiedział Ross i chwycił za pilot od telewizora.
Ruszyłam do łazienki.
Odkręciłam wodę. Gorący strumień cieczy zaczął wypełniać wannę. Chwyciłam stojącą przy niej buteleczkę i wlałam połowę zawartości. Zrzuciłam z siebie ubrania i wsunęłam się do wanny. Odchyliłam głowę do tyłu i zamknęłam oczy. Zasnęłam, nawet nie zdając sobie sprawy kiedy.
Co jest z nią. Minęły już dwie godziny, a ona nie wychodzi z wanny. W dodatku zza drzwi nie można usłyszeć żadnych odgłosów. Może coś się stało. Trzeba to sprawdzić.
Otworzyłem drzwi do łazienki. Spojrzałem w stronę wanny. Ashley miała zamknięte powieki, ale oddychała. Heh...Zasnęła. Chciałem już wyjść, ale postanowiłem wynieść ją stąd i położyć na łóżku. Podszedłem do wanny i usiadłem na jej krawędzi. Odgarnąłem kosmyki włosów, które opadały jej na czoło. Palcem przesunąłem po jej policzku, sunąc w dół. Moja ręka znikła pod wodą. Chwyciłem ją delikatnie i podciągnąłem do siebie. Trzymałem ją teraz na swoich rękach, zupełnie nagą. ,,Co Ty robisz, idioto!” Wyszedłem z łazienki. Starałem się nie patrzeć na jej ciało. Delikatnie położyłem ją na łóżku i przykryłem kołdrą.
Nagle zadzwoniła moja komórka. Cholera. Ashley się obudzi.
**Brendon**
Wal się ciołku!
-Co ja robię na łóżku? Przecież się kąpałam...- Zapytałam zdezorientowana.
-Kąpałaś się. Ale zasnęłaś. Postanowiłem przenieść Cię do łóżka...Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe?- Wytłumaczył speszony.
-Nie denerwuj się tak;) I chodź tu do mnie...- Powiedziałam.
Ryan uśmiechnął się pod nosem i po chwili leżał już przy mnie.
-Wiesz...Straciliśmy 2 lata...I...- Nie dokończyłam.
-Nic nie mów...- Powiedział Ryan i pokręcił głową.
Ryan pocałował mnie delikatnie w usta. Oddałam mu ten pocałunek. Potem te niewinne pocałunki zamieniły się w coraz bardziej namiętne i gorętsze. Złapałam za jego koszulkę i zrzuciłam ją z niego. Potem zaczęłam bawić się zamkiem u jego spodni. Ryan miał ułatwione zadanie, bo miałam na sobie tylko prześcieradło, które po chwili zsunął ze mnie Ross.
Ryan zaczął całować mnie po szyi i delikatnie przesuwał palcami po moich plecach. Zaczął schodzić coraz niżej. Po chwili pieścił moje piersi. Nasze dłonie i stopy splatały się nawzajem.**
Ryan spojrzał na mnie wymownie i uśmiechnął się.
-Kocham Cię.- Szepnął mi do ucha i językiem przejechał od linii szyi do piersi, a następnie dokończył dzieła, czyniąc nas jednością.
Kochaliśmy się jeszcze dość długo, szepcząc sobie czułe słówka, pieszcząc się nawzajem...
Ta chwila była magiczna. Czekałam na nią bardzo długo. Kiedy się wypełniła, nie miałam wątpliwości, że na pierwszy raz warto czekać.
Obudziłam się, trzymając głowę opartą na klatce piersiowej Ryana. Zaczęłam palcem kreślić linie na jego brzuchu, a następnie pocałowałam go w usta.
-Już nie śpisz?- Zapytał, lekko zachrypniętym głosem, którym przyprawił mnie o dreszcze.
-Yym...- Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się do niego.
-Kocham Cię kochać...I mam na myśli wszystkie znaczenia tego pojęcia;)- Stwierdził Ryan.
-Ryan, obiecaj mi, że jeśli będziesz miał kogoś innego, to powiesz mi o tym...Dobrze?- Powiedziałam smutno.
-O czym Ty mówisz? Nigdy coś takiego się nie wydarzy...- Zapewnił mnie.
-Nie mów tak...Słyszałeś piosenkę System Of A Down- Aerials? Life is a waterfall
We're one in the river And one again after the fall...Te słowa są prawdziwe. Więc nie mów, że nic się nie zmieni...Tego nie wiesz...Więc obiecaj, że będziesz ze mną szczery...- Poprosiłam.
-Masz rację. Dobrze. Obiecuję.- Skwitował i przytulił mnie mocno.
-Wiesz, potem muszę iść do kogoś na chwilę...Chyba niesłusznie tego kogoś zraniłam...- Powiedziałam.
Narzuciłam na siebie swoją kurtkę i wybiegłam z hotelu. Ruszyłam zdecydowanym krokiem w stronę Manhattanu. Listopadowe słońce delikatnie przebijało się przez zachmurzone niebo. To dodało mi sił. W końcu, po 15 minutowym marszu dotarłam do mieszkania Heidi.
Stanęłam przed drzwiami, pod którymi tyle razy się żegnałyśmy. Modliłam się, by przyjaciółka mi otworzyła. Niepewnie zapukałam do drzwi, które po chwili otworzył mi.............Brendon!!!
-Cześć Ash!- Przywitał mnie.
**Gleba**
-Eee...Co Ty tu robisz?- Zapytałam.
-Yyy...Przyszedłem do Heidi?- Odpowiedział...
-Aha...- Cholera, o co tu chodzi? Tłuszcz mi się na mózg rzucił czy co? Heidi? Brendon? No nie wiem sama...- A zastałam ją? Bo przyszłam ją przeprosić...
-Oczywiście...Wchodź.- Powiedział.
Zgodnie z jego poleceniem weszłam do środka. Usiadłam na kanapie, a obok mnie klapnął Bden. Po chwili do pokoju weszła Heidi.
-To może ja zostawiam was same.- Zaofiarował się Bden i nałożył swoje czerwone okulary, znikając w sąsiednim pokoju.
-Heidi, słońce...Przepraszam. Wszystko naprawię...Mam nadzieję, że jesteś w stanie mi przebaczyć...Wiesz, to, co wtedy powiedziałaś...To zabolało...Ale to była prawda...- Mówiłam.
-Ash...Ach Ash...Wiesz, niepotrzebnie tak wybuchłam...Ale było mi przykro, że mnie o coś takiego posądzasz...Jednak nie ma rady...Muszę Ci wybaczyć, bo jesteś moim słoneczkiem i Cię uwielbiam...A poza tym teraz będziemy się widywać częściej, bo...Mnie i Bdena coś łączy!- Wypaliła Heidi.
-Huh? I Ty mi to teraz mówisz?? Jak do tego doszło?? Kiedy się poznaliście??- Zapytałam...
-Wczoraj przyszedł do mnie. Jeszcze przed tym, jak się pokłóciłyśmy...Ktoś powiedział mu, że u mnie można Cię znaleźć. Nie zastał Cię jednak u mnie. Wieczorem wrócił jeszcze do mnie i tak to się zaczęło...Oczywiście spaliśmy na oddzielnych łóżkach....- Zastrzegła przyjaciółka, gdy zaczęłam podśmiechiwać się pod nosem i gapić się na nią jakbym zobaczyła ducha.
-Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wszystko się zaczyna układać.- Powiedziałam i przytuliłam przyjaciółkę.
Do pokoju wszedł Bden i Ryan.
-Aaaa...Brendon, ona mnie zdradza z Heidi!! Buuu...- Zaszlochał Ryan i przytulił Brendona, udając płacz.
Razem z Heidi wybuchłam śmiechem.
-Kto chce ciasto...Takie dobre...Z bitą śmietaną....??- Zapytała Heidi.
-Ja!!- Krzyknęli wszyscy.
-Zapraszam do kuchni...Ciasto upieczone mam...Tylko musimy dać jeszcze bitej śmietany.- Powiedziała przyjaciółka.
-Ja pójdę po ciasto!- Zaofiarował się Bear.
-A ja po bitą śmietanę...- Dodał Ryan i oboje znikli w kuchni.
Po chwili jednak wrócił z niej Ryan...
-Yyy...Tylko jest pewien problem, bo nie wiem, gdzie ta bita śmietana...- Powiedział zakłopotany Ryan.
-Haha...No tak...Bden wie, gdzie;P- Stwierdziła Heidi.
-Nie mogę znaleźć.- Wydarł się z kuchni Bden.
-Ech, no dobra...Już idę.- Westchnęła dziewczyna.
Gdy tylko przekroczyła próg kuchni, zorientowała się, że została złapana w pułapkę. Chłopcy chwycili puszki z bitą śmietaną i zaczęli oblewać nią dziewczynę.
-Aaa!! Wy podstępne kmiotki! – Wydarła się i upadła na podłogę.
Postanowiłam jej pomóc i pobiegłam do kuchni...Chwyciłam puszkę z kremem czekoladowym i zaczęłam pryskać nim na Brendona i na Ryana. Nie miałyśmy jednak szans z tymi brutalnymi i okropnymi bestiami, próbującymi zapaćkać nas słodkim kremem i bitą śmietaną! Gdy skończyły nam się wszystkie możliwe zapasy, wszyscy usiedli na stole..
-No tak...Tylko z czym my teraz ciasto zjemy...- Zastanawiał się Bden.
-Było się wcześniej zastanowić, cioto ruska!- Wydarł się Ryan.
-A czyj to był pomysł??!! No chyba nie mój!! – Bronił się Bden.
-Wal się szmato!- Skwitował Ry.
-Też Cię kocham.- Powiedział Bden.
Wszyscy wybuchli śmiechem.
-Z wami to się nie da wytrzymać! Chyba sobie muszę załatwić dodatkowe pampersy od babki Adelki, bo ze śmiechu się posikam z wami...- Stwierdziłam.
-Taa..Hmm...Całkiem dobra ta bita śmietana.- Powiedział Ryan i oblizał moje ramię z bitej śmietany.
-Oczywiście...Dobra dzieci, ja muszę zmiatać...Ryan, dupa w troki kochany i idziesz ze mną...- Powiedział Bden.
-Buuu....Ale mi tu dobrze...- Zamruczał RyRo i zlizał ze mnie kolejną warstwę bitej śmietany.
-Nasz menager się wkurzy, jak się spóźnimy...- Skwitował Bden i zajął się zlizywaniem kremu czekoladowego z Heidi.
-Ej, chłopcy...Ja chcę waszą nową płytę, więc proszę zmiatać i do studia, raz raz!- Powiedziała Heidi i po mimo tego, że te pieszczoty Bdena sprawiały jej przyjemność, odsunęła się od niego.
Chłopcy zwiesili głowy i dali nam po buziaku. Po chwili zostałyśmy same.
Siedziałam przy swoim biurku i bawiłam się ołówkiem. Na czystej kartce papieru zaczęłam kreślić kilka, pojedynczych linii. Po niedługim czasie, miałam naszkicowany model ciekawych rurek i marynarek. Zadzwonił mój telefon.
-Cześć Sierściuch!- Powiedział Ryan.
-Hej Mysza! Co tam słychać? Tęskni mi się do Ciebie. Nie widziałam Cię cały tydzień!- Powiedziałam z wyrzutem a zarazem z czułością.
-Ech...Wiem...Ja też tęsknie. Teraz jestem w Europie.- Wyjaśnił.
-Oooo...To co Ty tam robisz?- Zapytałam.
-Wiesz...Mamy trochę koncertów...I takie tam...Masz pozdrowienia od Żółwika.- Powiedział.
-Aha...Podziękuj Bdenowi i też go ode mnie ucałuj. No i resztę ekipy też. – Skwitowałam przygaszona.
-Czemu taka smutna jesteś słońce?- Zapytał.
-A jak myślisz? – Pytanie na pytanie.
Cisza...
-Muszę już kończyć. Trzymaj się ciepło. Buziaki.- Rozłączył się.
Odgarnęłam włosy do tyłu i osunęłam się na fotel. Za oknem padał śnieg. Ogarnęło mnie olbrzymie znurzenie tym wszystkim. Usnęłam.
.....
Ze snu obudził mnie dźwięk komórki. Odebrałam.
-Hej...Coś się stało?- Zapytałam.
-Otwórz drzwi...- Powiedział Ryan.
Pobiegłam do drzwi. Energicznym ruchem pociągnęłam za klamkę. Moim oczom ukazał się Ryan. Opierał się o framugę drzwi. Rzuciłam mu się w ramiona i zaczęłam go całować.
-Wariat!- Skwitowałam i dałam mu soczystego buziaka, którego on potraktował jako zaproszenie do łóżka;P
**Idiotka, ciota, ćwok! Nie zauważyłam tego, kiedy to pisałam, ale miałam na myśli cały czas dłonie i stopu a nie ,,dłonie i ręce"..Nie wiem, o czym myślałam...Dzięki Inflow(Sarah,Zielona) za to, że mi to pokazałaś, bo ja normalnie nie zwróciłam uwagi XD
komentarze [18]You said you're out of love, baby don't call this off because sorry's not good enough. >> wtorek, 7 sierpnia 2007 20:48:06

Nie byłam pewna co do dodania tej notki, ale dodałam. I wiecie co? Chciałabym ją dedykować wszystkim, którzy ufają swoim przyjaciołom i wszystkim idiotom, którzy zawodzą nas i sprawiają, że wątpimy w sens życia...
Ryan niczego mi nie wyjaśniając, zaczął w pośpiechu nakładać swoje ubrania, po czym skierował się do drzwi.
-Poczekaj!- Krzyknęłam za nim.- Rozumiem, że mam wyjść i zniknąć na zawsze?
RyRo podniósł moją bluzkę, która leżała na krześle i rzucił mi ją. Słowa były zbędne.
-Mogłam się spodziewać takiego końca. My po prostu nie możemy być razem.- Wykrzyczałam, ale Ryan zniknął już za drzwiami. – Kurwa!
Ubrałam się i opuściłam jego pokój. Nie mogłam nic zrozumieć. Łzy opadały po moich policzkach, jedna po drugiej. Czułam się odtrącona i wykorzystana. Po co zjawiał się w moim życiu? Żeby nagle wyjść bez pożegnania? Wyczerpana i wściekła usiadłam na pobliskiej ławce. Nagle słowa, które usłyszałam w rozmowie Ryana i Brendona zaczęły układać się w miarę spójną całość. Pobiegłam do pobliskiego kiosku i zaczęłam przeglądać gazety. Nagle wszystko stało się jasne. Ktoś zrobił nam zdjęcia, a potem napisał do tego paskudny materiał!
W ten sposób zdążyłam znienawidzić tych podążających za sensacją dziennikarzy. Hieny, gnidy...Gdyby chociaż napisali prawdę. Stałam się pożywką dla taniej prasy brukowej.
,,Znany gitarzysta pop-punkowego zespołu z Las Vegas, Ryan Ross udowodnił, że potrafi zdobyć to, czego inni mężczyźni nie potrafią. Najpierw głośny był jego romans z Jac Vanek. Ross jednak szybko znudził się Vanek, zastępując ją znaną projektantką mody, Ashley Johnson. Parę kochanków nakryto czule przytulających się i obdarzających się pocałunkami, które z całą pewnością nie były jedynie przyjacielskimi. Czy to chwyt marketingowy ze strony młodego boga punku, Ryana Rossa? Przecież znajomość z kimś takim jak Ash Johnson, z pewnością przyniesie mu rozgłos...Niedługo sami przekonamy się, jak na tą sprawę zapatrują się sami zainteresowani.”
Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Przez chwilę sama zaczęłam zastanawiać się nad tym, co napisali w gazecie. Może on rzeczywiście wykorzystał mnie do wywołania sensacji. Może o to mu chodziło. Nie. Ryan nie zrobiłby czegoś tak podłego. Zbyt dobrze go znam. Tylko dlaczego wszystko przekreślił? Postanowiłam odwiedzić Heidi. Potrzebowałam rozmowy.
Gdy dotarłam do jej mieszkania, przyjaciółka wyszła mi na przeciw i mocno uściskała.
-Nie martw się...- Wycedziła Heidi.
Cicho zaszlochałam.
-Tylko mi tu wariacie nie płacz! Jeszcze tego mi brakowało...No nie płacz. Zasmarkasz mi bluzkę, którą dałaś mi na urodziny...A szkoda by było, bo to przecież od takiej jednaj projektantki co chyba Johnson się nazywa.- Stwierdziła Heidi, żartując ze mnie.
Zaśmiałam się cicho.
-Chodźmy do środka.- Powiedziała przyjaciółka, a po chwili znalazłyśmy się w jej salonie.
Usiadłam w swoim ulubionym miejscu, czyli skórzanym fotelu. Heidi zajęła miejsce na przeciw mnie.
-Naprawdę jesteś z nim? Jaki on jest? Jak się poznaliście?- Zalała mnie pytaniami Heidi.
-Heidi, proszę Cię!- Skarciłam przyjaciółkę.
-No dobra, dobra...Chciałam tylko tak wiedzieć, no wiesz...- Wahała się z dokończeniem myśli.
-Najgorsze jest w tym wszystkim, że ja z nim już chyba nie jestem. Dziś kazał mi więcej nie wracać...Zrobił to po telefonie Brendona.- Wyszeptałam...
-Wiesz, myślę, że Brendon jest zazdrosny...Po świecie krąży plotka, że są gejami i...- Znów nie dokończyła, bo nie pozwoliłam jej na to.
-Heidi, kochanie!- Wrzasnęłam.- Z nimi jest wszystko w porządku....Nie są gejami;P Problem w tym, że Bden obraził się chyba, że Ryan nic mu nie powiedział o mnie...Pewnie gdyby było inaczej, Brendon chciałby się ze mną zobaczyć...Przecież to mój przyjaciel.- Zakończyłam.
-Co powiedziałaś?- Zapytała Heidi.
-Wiesz, czasem się zastanawiam, czy z Tobą jest coś nie tak...- Zażartowałam.
-Przestań Ashley! Dokładnie wiem, co powiedziałaś! Nie traktuj mnie, jak idiotkę...- Nakrzyczała na mnie.
-Bo ja nie powiedziałam Ci prawdy o mojej przeszłości...- Stwierdziłam i powiedziałam Heidi wszystko, co kiedyś skrywałam przed nią...O Ryanie i reszcie chłopaków, o wszystkim, co wydarzyło się w Las Vegas.- Przepraszam, że nic Ci nie mówiłam.- Zakończyłam historię.- Uwierz...- Nie dokończyłam.
-Nie chcę już w nic wierzyć, co kiedykolwiek mi mówiłaś, lub co chcesz powiedzieć! Okłamałaś mnie! Cały czas ufałam Ci...Myślałam, że jesteś moją przyjaciółką, a Ty ukryłaś coś, co było najważniejszą częścią Twojego życia. I wiesz, zrobiłaś coś bardziej bolesnego! Zapomniałaś, co w przyjaźni się liczy...Szczerość. Jak mogłaś!- Zakończyła.
Spojrzałam na jej twarz. Była czerwona ze złości. W jej oczach widać było jednak nie złość, a rozczarowanie. Rozczarowanie mną. Żal do mnie. Nie mogłam znieść tego widoku. Złapałam swoją torbę i wybiegłam z jej mieszkania.
Mam nadzieję, że Ashley zrozumie, że teraz nie chciałem, by była przy mnie. Mam nadzieję, że tym, że zniknąłem, nie zranię jej uczuć. Nadzieja...Do cholery!
Zapukałem do drzwi Brendona.
-Spieprzaj ciulu!- Wrzasnął.
Pociągnąłem za klamkę. Spojrzałem na Beara. Siedział na przeciw mnie, z butelką whisky w ręku. Podszedłem do niego i wytraciłem mu butelkę z ręki. Szkło roztłukło się.
-Co Ty odpierdalasz?!- Wrzasnąłem.
-O to samo mógłbym zapytać Ciebie! Oszukaliście mnie! Przespałeś się z Ashley i jak? Zaspokoiła Cię? Niezła z niej laska...Nic, tylko rżnąć...- Stwierdził Bden.
Ścisnąłem dłoń w pięść i uderzyłem go w twarz.
-Nie masz prawa tak o niej mówić, słyszysz? Jesteś pijanym dupkiem...Gdybym był takim idiotą, jak Ty, wyszedłbym stąd i zostawił Cię we własnych wymiocinach. Nie jestem jednak Tobą...Nie działam impulsywnie i potrafię myśleć trzeźwo.- Zakończyłem i przeniosłem Brendona na łóżko.
....
Gdy tylko doszedł do siebie, postanowiłem pogadać z nim.
-Brendon, powinienem Ci powiedzieć wcześniej o tym, co łączy mnie i Ashley. Nie powinieneś dowiadywać się o tym z gazet czy z telewizji...Moja wina...Jednak Ty nie miałeś prawa zachowywać się jak dupek...- Stwierdziłem.
-Wiem. Przepraszam. Jednak nie rozumiesz, jak się poczułem, kiedy o tym usłyszałem. NIe jestem zazdrosny...Nie kocham Ashley, przynajmniej nie jest mi to dane. Nie zmuszę jej do pokochania mnie. Ale chciałem, żebyś to Ty mi powiedział, że się z nią spotykasz a nie o, dowiaduję się z gazet!- Skwitował.
-Teraz już wiesz...- Skwitowałem.
-nie rób takiej miny, OK? Wiem, pewnie bałeś się, że się wkurzę i rozwalę zespół? Prawda Ryanku? Nie darowałbyś sobie tego...- Drwił Brendon.
-Brendon, nie wybaczyłbym sobie tego...Ale bądź pewien jednej rzeczy. Teraz, przez Ciebie i przeze mnie Ashley szlaja się zapłakana ulicami Nowego Jorku...Skoro ona coś dla Ciebie znaczy, to pomóż mi ją odnaleźć, dobra?- Zaproponowałem.
Brendon uśmiechnął się pod nosem i po chwili znalazł się już pod drzwiami.
Po jakimś czasie byliśmy już pod pokojem w hotelu, gdzie mieszkała Ashley. Modliłem się, aby tam była. Na marne.
-Zastanów się, gdzie ona może teraz być.- Poradził Brendon.
-Boże, skąd ja mam to niby wiedzieć? Przyjrzyj się mojej mordce, to zajarzysz, że wróżką nie jestem.- Odpowiedziałem opryskliwie, pocąc się ze zdenerwowania.
-Dobra, dobra. Myślałem tylko, że wiesz, gdzie może być. Nie musisz od razu rzucać się na mnie. Ostatnio nasze rozmowy ogólnie nie są zbyt przyjemne. Zamiast wyżywać się na mnie, pomyśl trzeźwo. I jak chcesz, to stój tu sobie bezczynnie, a ja jadę do parku. Na razie George.- Skończył przemawiać Bden i ruszył do windy.
-Czekaj, idę z Tobą.- Krzyknąłem za nim.- Tylko nie George, dobrze?
Siedziałam na tej samej ławce, co wczoraj z Ryanem...Po jaką cholerę, pytam się. Po jaką cholerę?! Zawiodłam Heidi. Przecież tego nie chciałam...Była mi najbliższą i najukochańszą osobą na świecie, a ja zniszczyłam jej zaufanie do mnie. Jak mam teraz je odzyskać? Czy to jest możliwe? Sama nie wiem. Muszę stąd iść. Pójdę do taty i Nicka. Tak, to dobry pomysł. Jeszcze tylko ich nie zawiodłam. Do czasu. Przecież ja wszystkich ranię.
-I co?- Zapytałem.
-Nie ma jej nigdzie.- Odpowiedział Bden.- Trzeba sobie odpuścić park. Robi się już ciemno. Jutro ją znajdziemy.
-Ale...- Broniłem się.
-Ashley nie jest idiotką...Nie zrobi sobie nic niemądrego, wszystko będzie dobrze. Wiem, to po części przeze mnie teraz nie jest przy Tobie, ale obiecuję Ci, że to się szybko zmieni.- Obiecał Bden.
Wróciliśmy do hotelu.
Obudziłam się koło małego Nicka. Brat spał jeszcze słodko, więc po cichu wymknęłam się z pokoju, co przyszło mi z wielką trudnością, bo o mały włos przewróciłabym się o perkusję brata. Zeszłam na dół. Tato siedział przy stole, popijając kawę.
-Dzień Dobry.- Przywitałam go.
-Hej.- Odpowiedział.
-Co czytasz?- Zapytałam.
-Sama zobacz.- Stwierdził tato i podał mi gazetę.
Przeleciałam wzrokiem po tytule. No tak, czego się można było spodziewać. Tym razem w gazecie pojawiła się prawdziwa historia mojej przeszłości...Ale...Pobiegłam szybko na górę. Ubrałam się i wybiegłam na dwór. Biegłam energicznie przebierając nogami. W końcu dotarłam tam, gdzie chciałam. Przycisnęłam dzwonek do drzwi. Po chwili otworzyła mi Heidi.
-Widzę, że znalazłaś sposób na to, aby zemścić się na mnie.- Powiedziałam.
-O Ci chodzi?- Zapytała dziewczyna.
-Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi! Sprzedałaś moją historię do prasy a teraz udajesz, że nie wiesz o czym mówię! Już czegoś takiego, to nie słyszałam...- Wykrzyczałam jej w twarz.
-Jesteś nienormalna. Przykro mi, że mierzysz mnie swoją miarką. I wiesz, szkoda mi Ciebie. Nie potrafisz sobie z sobą poradzić i winisz za to mnie. To smutne, że jesteś taka płytka. Cześć.- Powiedziała Heidi i zamknęła mi drzwi przed nosem.
Jej słowa zabolały. I to bardzo. Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam przed siebie. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nagle ktoś wpadł na mnie.
-Audrey?- Zapytałam.
-Ashley. Ashley Johnson. Ja Cię nie mogę...- Wycedziła koleżanka i przytuliła mnie.
-Chyba jesteś moim aniołem stróżem. Zjawiasz się zawsze, kiedy jest mi źle.- Powiedziałam, uśmiechając się przez łzy.
-Ashley!- Usłyszałam, jak ktoś woła mnie po imieniu. Obróciłam się. To byli Ryan i Brendon.
komentarze [14]People marching to the drums...Everybodys having fun to the sound of love... >> niedziela, 5 sierpnia 2007 15:25:16
Chwyciłam kluczyki od swojego MINI i wybiegłam z hotelu. Nerwowo spoglądałam na zegarek. Za żadne skarby nie chciałam się spóźnić. Było to jednak w moim przypadku nieuniknione. Gaz do dechy i jazda bejbe...Dotarłam na miejsce kilka minut po czasie. Miałam nadzieję, że Ryan zaczeka na mnie trochę. Wbiegłam pośpiesznie do kawiarni i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Ross pomachał do mnie ręką. Udałam się w tamtym kierunku.
-Przepraszam za spóźnienie.- Powiedziałam i zajęłam miejsce na przeciwko niego.
-W porządku. Pamiętasz, jakieś dwa lata temu, też czekałaś na mnie w kawiarni w Las Vegas. Tamtym razem spóźniłem się ja. Teraz widocznie była kolej na Ciebie.- Stwierdził i uśmiechnął się, sprawiając, że całe moje zdenerwowanie wyparowało.
-Czy Brendon i reszta wie, że my się spotykamy?- Zapytałam.
-Na razie nie mają o niczym pojęcia. Chcę nacieszyć się Tobą.- Powiedział i położył swoją rękę na mojej.
Wysunęłam swoją rękę spod uścisku jego dłoni.
Ryan speszony zaczął spoglądać w innym kierunku.
-Przepraszam.- Powiedziałam.
-Chcesz coś zamówić?- Zapytał, jakby nie słyszał przed chwilą tego, co powiedziałam.
-Może lody waniliowe...Tak dawno ich nie jadłam. – Drugie zdanie wypowiedziałam niemal szeptem.
-Zaraz zamówię dla nas ogromną porcję.- Skwitował radośnie Ryan i spojrzał na mnie jednym z tych swoich przenikliwych spojrzeń.
Po zjedzeniu lodów, postanowiliśmy pójść do parku. Cantral Park o tej porze roku prezentował się wręcz magicznie. Spacerowaliśmy wolnym krokiem po alejkach parku, co chwila łapiąc się na tym, że któreś z nas przygląda się drugiemu uważnie.
Usiedliśmy na niewielkiej ławce i zaczęliśmy przyglądać się przechodniom w milczeniu.
Ta cisza sprawiała mi coraz większy ból. Zdawało się, że między nami znajduję się jakiś mur, zbudowany dawno temu. Zbudowany przeze mnie.
-Nie myślałam, że jeszcze kiedyś się spotkamy.- Wypaliłam.
-Nie wiem, jak Ty, ale ja zawsze wierzyłem, że jeszcze Cię zobaczę. – Powiedział nie odrywając wzroku od drzew znajdujących się po drugiej stronie alejki.
-To niewiarygodne. Nasze marzenia stały się rzeczywistością. Zostałam projektantką mody. Twój zespół stał się popularny. To brzmi niesamowicie.- Stwierdziłam i uśmiechnęłam się sama do siebie.
-Do diabła, Ashley!- Powiedział Ryan.- Skończmy to. Chyba nie myślisz, że będziemy teraz gadać o tym wszystkim?! Teraz, kiedy wreszcie Cię odnalazłem, po tych dwóch, długich i bolesnych latach, znów mam Cię przy sobie. Teraz nie marzę o niczym innym, jak o tym, żeby móc Cię przytulić. Chcę też wiedzieć, czy Ty czujesz to samo do mnie, co ja do Ciebie? Kocham Cię.- Zakończył i chwycił mnie za rękę, ciągnąc w swoją stronę, sadzając mnie na swoich kolanach.
Teraz, siedząc mu na kolanach, nasze twarze stykały się nosami.
-Kocham Cię. Słyszysz? Kocham, kocham...- Powiedziałam i dałam mu buziaka w nos.
Ryan uśmiechnął się i wskazał na policzek.
-Dymaj się...- Powiedziałam.- Nie będę Cię całować przy ludziach...Taa...A kto dał mu chwilę temu małego buziaka? Pff...
Ryan po raz drugi wskazał na swój policzek. Zrezygnowana nachyliłam się, by dać mu buziaka. Wtedy on odwrócił twarz i zamiast w policzek, dostał namiętnego całusa w usta.
-Przecież patrzą ludzie.- Przedrzeźniał mnie Ryan.
-I co z tego?- Powiedziałam i delikatnie muskałam go w usta. Ryan delikatnie objął mnie w tali i zaczął oddawać mi pocałunki.
-Spróbuj teraz mnie zostawić, a zrobię sobie krzywdę i będziesz miała mnie na sumieniu do końca swojego życia.- Zauważył Ryan.
-Poważnie? Przynajmniej jeden amant mniej.- Stwierdziłam z rozbawieniem.
-Jesteś straszna.- Powiedział z udawanym sutkiem Ryan.
-Foch.- Rzuciłam.
-Z przytupem?- Zapytał.
-Z przytupem.- Potwierdziłam i delikatnie tupnęłam nogą.
-Haha...Taka jak zawsze...Pokręcona...Z ADHD...Bez mózgu...- Wymieniał.
-Osz Ty! Spróbuj mnie dotknąć a pożałujesz! Nie licz na to, że się z Tobą umówię na randkę.- Stwierdziłam.
-Jasne...To czemu jeszcze trzymasz rękę w kieszeni moich spodni?- Zapytał.
-Oj bo jest zimno. Nic poza tym.- Powiedziałam.
-Już rzeczywiście jest trochę chłodno. Choć, wracamy do mojego hotelu.- Poinformował mnie Ryan.
Poczłapaliśmy z powrotem do mojego samochodu kochanego i pojechaliśmy do hotelu Ryana.
-A co z resztą chłopaków? Przecież mogą mnie zobaczyć!- Stwierdziłam w połowie drogi do hotelu.
-Nie martw się. Mam oddzielny pokój. Zamknę go na klucz. A tak wogle, to ich pewnie nawet nie ma w hotelu, więc będziemy mogli spokojnie pójść do mojego pokoju..- Zapewnił mnie.
Znaleźliśmy się w jego pokoju.
Usiadłam na jego potężnym łóżku. Ryan zniknął w pomieszczeniu obok. Na łóżku leżała jego gitara. Przejechałam palcem po strunie. Poczułam, jak przez moje ciało przebiega dreszcz podniecenia. W końcu Ryan grał na tej gitarze;)
RyRo wrócił z butelką wina i dwoma kieliszkami. Zaczęliśmy popijać winko. Po jednym kieliszku spasowałam, bo nie chciałam, aby dziś wieczorem wydarzyło się coś, czego potem bym nie pamiętała, lub coś, co robiłabym bez kontroli na sobą. Ryan też nie wypił więcej. Zaczęliśmy się wydurniać. Starałam się uciec Ryanowi. On jednak dogonił mnie i przewrócił na ziemię. Usiadł na mnie okrakiem i cieszył się z dominacji nade mną. Zaczął mnie całować. Zaczął muskać mnie w szyję, powoli posuwając się niżej. Chciał ściągnąć moją koszulkę, ale odepchnęłam go delikatnie od siebie.
-Nie...Nie chcę teraz...Przepraszam.- Wypaliłam.
-W porządku. Zaczekam.- Wyszeptał mi do ucha.
Znów usiedliśmy na łóżku. Palcem przesuwałam po strunach gitary.
-Chciałabym sobie kupić gitarę.- Stwierdziłam.
-Mogę pomóc Ci w zakupie.- Zaoferował się Ryan.
-Chętnie skorzystam z pomocy. Chcę, żeby była naprawdę dobra.- Zaznaczyłam.
-Tak. Musi być dobra.- Powiedział.
-To musi być coś wyjątkowego. – Stwierdziłam.
-Tak. Nie może być byle jaka. Jeśli nie będzie odpowiedniej, zaczekamy, aż taka się pojawi. Obiecuję Ci, że to będzie najwspanialsza gitara, jaką można mieć.- Powiedział RyRo.
Uśmiechnęłam się do niego. W ten sposób, rozmawiając o gitarze, rozmawialiśmy o seksie. Chciałam, aby ta chwila była wyjątkowa. Ryan powiedział, że zaczeka...
Zasnęliśmy wtuleni w siebie.
Rano obudził nas telefon. Ryan odebrał niechętnie.
-Brendon, ciulu! Czego chcesz ode mnie z samego rana?- Zapytał wkurzony Ryan.
-Przymknij się! Leciałeś ze mną w kulki! A ja myślałem, że jesteś moim przyjacielem...- Wykrzyczał mu do słuchawki Bden.
-O co Ci biega? Wyżyj się na kimś innym a nie na mnie, OK?- Polecił poirytowany Ryan.
-Dobrze stary! Tylko wiesz, mogłeś mi powiedzieć, że spotykasz się z Ashley, a nie liżesz się z nią w tajemnicy przede mną!- Powiedział rozjuszony Urie.
-Skąd o tym wiesz?- Zapytał Ryan.
-Widać, że nie oglądasz telewizji, ani nie czytasz gazet głąbie...Pozdrów Ashley ode mnie...Ja też ją kiedyś kochałem cieciu!- Dopiero po chwili Bden zdał sobie sprawę, że powiedział o wiele za dużo...Przyznał się do miłości i zazdrości w stosunku do Ashley.
-Poz...- Nie dokończył Ryan.
-Nie!- Wciął mu się w zdanie Brendon.- Nie chcę słuchać kolejnych kłamstw...Myślałem, że jesteś w stosunku do mnie szczery...Cześć!
komentarze [4]You know It will always just be me... >> niedziela, 29 lipica 2007 19:49:47

Przepraszam, że notkę spieprzyłam...Notka sucha...Nie udało mi się trafnie opisać uczuć Ryana...Ani Ashley..Przepraszam.:(
Trudno jest się ukrywać. Zwłaszcza przed przeszłością. Myślałam, że zamknęłam za sobą wszystkie drzwi. To wydawało się takie proste. Uciec, zapomnieć, zacząć od nowa. A to wszystko jest takie popieprzone! Czy to zawsze będzie przy mnie? Czy już na zawsze będę myśleć o nich? Każda chwila przypomina mi o przeszłości. O wszystkim, o czym chciałam zapomnieć. Czy wszystko musi być tak skomplikowane? Po co właściwie zadaję sobie te pytania? Przecież i tak nie znam na nie odpowiedzi. Pozostaję mi tylko nie myśleć o tym bez przerwy, bo to mnie zabija.
-Ashley? Ziemia do Ashley!- Usłyszałam głos Heidi.
-Przepraszam, zamyśliłam się.- Odpowiedziałam i uśmiechnęłam się blado.
-Wiesz, słyszałam, że Panic! At The Disco mają mieć koncert w Nowym Jorku. Może wybrałybyśmy się tam razem?- Zapytała.
Trzask. Odgłos zbitej filiżanki dobiegł do moich uszu. Wbiłam wzrok w czubki swoich butów. Wzięłam kilka głębokich oddechów, tak, jak zawsze polecano w jakichś kiczowatych programach....To podobno rozluźnia...A gdzie tam!
-Nie mam ochoty.- Odpowiedziałam chłodno.
-Ale przecież uwielbiasz ich! Dlaczego zawsze, kiedy rozmawiamy o nich, Ty zmieniasz temat?- Zapytała przyjaciółka.
Podniosłam wzrok i spojrzałam jej w oczy. Z oczekiwaniem wpatrywała się we mnie.
-Nie chcę do tego wracać. Nie gniewasz się?- Zapytałam, widząc minę Heidi.
-Jasne, że nie głupku!- Zapewniła mnie i zaczęła się śmiać.
-Z czego się tak śmiejesz?- Zapytałam.
-Z niczego szczególnego.- Stwierdziła.
-Haha...Debilizm się szerzy w tym kraju.- Skwitowałam i podniosłam oczy do góry.
Po chwili dostałam poduszką w twarz.
-Ja Ci dam debilizm! Zaraz Cię stolcem grubym zatłukę.- Zaśmiała się złowieszczo Heidi.
-Myślisz, że mnie pokonasz? Prędzej się knotem poczochram, niż przegram z Tobą!- Zapowiedziałam i walnęłam ją poduszką.
W tym momencie rozpętała się prawdziwa wojna na poduszki. Dwie, napalone wariatki, rzucające poduszkami po pokoju. Świetnie. Co chwila jedna z nas wydawała osobliwy krzyk, mający na celu odstraszyć(czytaj ogłuszyć) rywalkę, bądź po prostu cios był tak dotkliwy, że trzeba było wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Po kilku minutach po pokoju porozrzucane było dosłownie wszystko.
-Przybij piątkę, siostro!- Powiedziałam, gdy nastał pokój.- Wiesz, dawno się tak fajnie nie bawiłam. Moje szaleństwa skończyły się wraz z wyjazdem z Las Vegas. Dziękuję Ci, że pozwoliłaś mi znów poczuć jak to jest być nastolatkiem.
-Świrniętym nastolatkiem.- Poprawiła mnie Heidi.- Nie masz za co dziękować.
Całe popołudnie minęło nam bardzo szybko. Wieczorem wybrałyśmy się do jakiegoś klubu.
Gdy dotarłyśmy na miejsce, zajęłyśmy stolik gdzieś przy końcu sali. W środku panowała bardzo przyjemna atmosfera. Światła były lekko przygaszone, nadając pomieszczeniu tajemniczy klimat. Gdzieś w oddali płynęła wolno jakaś muzyczka. Zamówiłyśmy sobie drinki i wpatrywałyśmy się we wchodzących i wychodzących gości. Gdy atmosfera się trochę rozluźniła, wskoczyłyśmy na parkiet i zaczęłyśmy tańczyć. Czułam się niesamowicie. Tak dawno to robiłam. Czułam wzrok wszystkich ludzi na sobie. Nagle poczułam czyjeś dłonie na swoich biodrach. Odwróciłam delikatnie wzrok. Dłonie te należały do jakiegoś przystojnego faceta. Miał czarne włosy, delikatny zarost i letnią opaleniznę. Tańczył przy mnie i uśmiechał się delikatnie. Po jakimś czasie zauważyłam, że Heidi znikła. Wróciłam do naszego stolika. Znalazłam tam tylko kartkę od niej, na której napisane było, że musiała już lecieć, a nie chciała mi przeszkadzać w tańcu z przystojniaczkiem;* Tak...To do niej podobne.(Haha...Tak Paula:P przyp. autorka) Chciałam też już wracać do hotelu, ale zatrzymał mnie ten koleś.
-Idziesz już?- Zapytał.
-Tak. Jutro czeka mnie ciężki dzień.- Odpowiedziałam.
-Poczekaj, odprowadzę Cię.- Zaproponował i objął mnie ramieniem.- Zapomniałem się przedstawić. Mam na imię Shannon.
-Miło mi. Ashley.- Przedstawiłam się również.
-Poczekaj.- Powiedział i zatrzymał mnie.
-Coś się stało?- Zapytałam.
Shannon przybliżył się do mnie i przysunął mnie do siebie. Zaczęliśmy się całować. Staliśmy i całowaliśmy się. Wydawało się, że to trwa strasznie długo. W końcu oderwałam się od niego. Spojrzałam mu w oczy. Błyszczały. Nie wiem, czy to od księżyca, czy od alkoholu.
-Chyba lepiej będzie jak już pójdę.- Rzuciłam i pobiegłam przed siebie.
Chłopak nie próbował mnie dogonić. Widocznie byłam tylko przerywnikiem na jego liście panienek do zaliczenia.(Ach, skąd ja to znam, przyp.autorka).
Gdy wróciłam do hotelu nie mogłam się na siebie patrzeć. Czułam, jak moje usta pieką mnie. Tak, jakby powiększały się. Nie mogłam uwierzyć, że dałam się tak nabrać. Dobrze, że na pocałunku się skończyło. Włączyłam wieżę. Akurat włożona była płyta P!ATD. Przełączyłam na Lying is the most...Fuck! Dlaczego to wszystko jest tak pokręcone?! Kto mi powie, co?!
Dziś czekał mnie pokaz. Jak zwykle wszystko pozostawało na mojej głowie. Nie mogłam liczyć na nikogo, prócz siebie. Fryzjerka znów się spóźniała, a do rozpoczęcia pokazu pozostało niewiele czasu. Czułam, że zbliżam się do kresu wytrzymałości. Z pomocą przyszła mi jednak Heidi.
-Jesteś pewna, że potrafisz coś z tego zrobić?- Zapytałam.
-Oczywiście. Zaufaj mi...Jakiś artystyczny nieład zawsze jestem w stanie stworzyć.- Odpowiedziała z rozbawieniem Heidi i wzięła się do roboty.
Rzeczywiście, efekt był powalający. Gdyby nie jej pomoc, ten pokaz okazałby się totalną klapą.
-Jesteś wielka.- Stwierdziłam i uściskałam mocno przyjaciółkę.
-Hehe...Przez skromność nie zaprzeczę.- Powiedziałam Heidi i obdarzyła mnie promiennym uśmiechem.
Jeszcze tylko ostatnie wskazówki dla modelek i gotowe. Pokaz rozpoczęty. Z napięciem czekałam na moment, kiedy na scenę wejdzie modelka w sukni ślubnej. Gdy to nastąpiło, usłyszałam pierwsze dźwięki I write sins not tragedies. Pasowało idealnie. Wszyscy zaczęli bić brawo. Nie wiem, czy za sprawą sukni, czy też dzięki piosence. Teraz było mi wszystko jedno. Dołączyłam do modelki i razem z nią, za pozowałam do zdjęć. W końcu pokaz się skończył. Udzieliłam jeszcze krótkiego wywiadu dla Vouge i wróciłam za kulisy.
Jak zwykle podziękowałam wszystkim. Heidi musiała już iść, tak więc zostałam sama. Opadłam zmęczona i zadowolona na kanapę w garderobie. Zamknęłam oczy. Nagle jednak je otworzyłam. Ktoś otworzył drzwi i wszedł do pomieszczenia. Podniosłam się. Spojrzałam przed siebie. Dłuższą chwilę nie mogłam nic powiedzieć. Wpatrywaliśmy się w siebie w milczeniu. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie mogłam opanować emocji. Wbijałam paznokcie w uda, by nie zacząć płakać. Nigdy nie myślałam, że jego widok może wywołać u mnie taki przypływ emocji. Fala zimna i gorąca na przemian oblewała mnie. Chciałam wtulić się w niego, pocałować. Te proste gesty sprawiały mi jednak olbrzymią trudność.
Wpatrywałem się w jej oczy. Były takie same. Tak samo piękne. W końcu ją odnalazłem. Serce zaczęło mi bić mocniej. Myślałem, że zachoruję na paranoję, myśląc o niej dzień i noc. Teraz, gdy była na wyciągnięcie ręki, nie potrafiłem podejść do niej i przytulić. Jednak to zrobiłem.
Ryan podszedł do mnie i przytulił mocno. Wtuliłam się w jego koszulę. Pachniała tak samo jak przed laty. Łzy pozostawiły mokre ślady. Spojrzałam mu w oczy. Były takie piękne. Ryan uśmiechnął się. Zaczął delikatnie mnie całować. Jego wargi były tak przyjemnie miękkie. Nie chciałam już uciekać. Nawet jeśli potem będę tego żałować. Ja go po prostu kocham...
komentarze [9]Shotgun...Wedding... >> sobota, 28 lipica 2007 20:48:06
Chciałabym poinformować, że w dziale O mnie pojawił się opis nowej bohaterki, Heidi Collins. Zapraszam wszystkich do przeczytania charakterystyki. I widzisz Słońce, dla Ciebie wszystko;P
komentarze [2]